RSS
środa, 17 maja 2017
Brawo!

W Torremolinos, w hiszpańskiej podstawówce, nauczyciele - w tym zaprzyjaźniona Hiszpanka - stworzyli grę, dzięki której uczniowie mają możliwość zapoznania się z różnymi typami rodzin: tradycyjną - mama i tata ('familia tradicional'), z jednym rodzicem samotnie wychowującym dzieci ('familia monoparental'), z dwojgiem rodziców tej samej płci (!) wychowujących potomstwo ('familia homoparental'), adopcyjną ('familia adoptiva'), zrekonstruowaną, w której dzieci pochodzą również z poprzednich związków rodziców ('familia reconstruida') oraz 'po rozłące' - rodzice po rozwodzie dbają o kontakt z dziećmi ('familia separada'). Mnie nasuwa się tylko jeden komentarz: brawo!

09:53, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 maja 2017
Lizbona cz. 8

W sobotę wracamy do Polski. Samolot mamy dopiero po 18.00, więc nieśpiesznie pakujemy rzeczy, żegnamy się z gospodarzami i wyruszamy na lotnisko. Już za Lizboną tęsknię. Jedziemy najpierw zieloną, potem od stacji Alameda czerwoną linią metra do końca. Na lotnisku czeka mnie rewizja niemal osobista, bo zapominam o zdjęciu paska u spodni. Nie wiąże się to jednak z żadnymi nieprzyjemnościami, młoda Portugalka wykonuje po prostu swoją pracę.

Po odprawie mamy jeszcze sporo czasu. Udajemy się do strefy wolnocłowej, gdzie w koszyku ląduje vinho verde i Ginjinha, którymi delektować się będę razem z M. O Lizbonie przypominać mi też będzie piękna torba, którą po rewelacyjnej cenie kupuję po nabyciu trunków.

 

We Wrocławiu jesteśmy po 23.00 - czas w Portugalii jest przesunięty o 1h wcześniej w stosunku do czasu obowiązującego w Polsce. Po odbiorze bagaży zamawiam taksówkę w sprawdzonym radio taxi. Młody sympatyczny kierowca po dowiezieniu nas pod hostel z własnej inicjatywy zaczeka jeszcze aż bezpiecznie wejdziemy do budynku.

Następnego dnia przed południem wsadzam mamę do pociągu do Gdyni, a po kilkunastu minutach sama mam pociąg do Domaszkowa. Niebawem zacznę spisywać moje wrażenia na blogu. Będzie o czym opowiadać :).

Tagi: Lizbona
13:17, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 maja 2017
Lizbona cz. 7

W piątek wybieramy się do dzielnicy Belém. Można tu dojechać tramwajem, autobusem, my jednak wybieramy pociag z Cais do Sodre w kierunku Cascais i wysiadamy na 3. stacji. Kierujemy się za innymi turystami. Wiemy, że doprowadzą nas do najsłynniejszej - obok wielu muzeów i Torre de Belém  -  atrakcji dzielnicy, czyli wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Klasztoru Hieronimitów.

Zanim jednak ustawimy się w kolejce po bilety na Rua Belém  wstąpimy do słynnej ciastkarnio-kawiarni Antiga Confeitaria de Belém. To podobno najsłynniejsza pastelaria w Portugalii, a wytwarzane tu według ściśle strzeżonej receptury babeczki z cienkiego ciasta francuskiego nadziewane masą budyniową czyli Pastéis de Belém znane są ponoć na całym świecie. No cóż, wygląda na to, że w Lizbonie nie schudniemy. Jest jeszcze przedpołudnie, jednak przed kawiarnią sporo jest już turystów. Na szczęście wewnątrz jest wiele sal, a samo miejsce okazuje się ogromne. Sprzyjają nam okoliczności, bo dopiero co otworzono patio, tak więc jako jedne z pierwszych możemy zająć na nim stolik. Zamawiamy oczywiście po babeczce, espresso i kieliszku naszego ulubionego likieru wiśniowego Ginjinha.

Posilone ruszamy pod klasztor. W kolejce spędzimy trochę czasu, jest wielu chętnych na zwiedzanie. Bilet łączony - klasztor + Torre de Belém - kosztuje 12 euro (ja) i 6 euro (mama). Potężną budowlę wzniesiono w XVI w. by upamiętnić pomyślny powrót Vasco da Gama z wyprawy do Indii. Nagrobek Vasco da Gama znajduje się w przyklasztornej świątyni, w której zobaczyć można również groby królów portugalskich i ich krewnych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po odpoczynku w nagrzanych słońcem klasztornych krużgankach udajemy się w stronę słynnej wieży Torre de Belém. Przechodzimy na nadrzeczną promenadę, przy której jest wiele kiosków z napojami i knajpek. Przy jednym ze stoisk zaopatrujemy się w orzeźwiający drink caipirinha. Obsługuje nas przesympatyczny młody Portugalczyk. Ma dziewczynę pochodzącą z Wrocławia. Odwiedził kilka polskich miast. Przy kilku innych okazjach - przykładowo w trakcie rozmów ze współpasażerami w metrze - przekonujemy się, że Portugalczycy mają do nas, Polaków, życzliwy stosunek. Znają nasze duże miasta, są ciekawi Polski.

 

Kolejny symbol stolicy czyli położona w parku nad Tagiem Torre de Belém okrzyknięta została najpiękniejszą portugalską konstrukcją militarną. Zbudowano ją w pierwszej połowie XVI w. dla ochrony portu Restelo. Udaje nam się dotrzeć do połowy tej niezwykłej konstrukcji. Ludzi jest tak dużo, że odpuszczam sobie wejście na samą górę.

 

 

Po obejrzeniu wieży w jednej z restauracji na promenadzie jemy pyszny makaron z sosem z białych i czarnych trufli. Do tego sałatka z kozim serem i żurawiną oraz vinho verde. Dobrze posilone mamy moc by w drodze powrotnej zmierzyć się z tłumem, który będzie nam towarzyszyć zarówno na przystanku komunikacji miejskiej jak i w autobusie, którym dostaniemy się do centrum.

C.D.N.

Tagi: Lizbona
19:08, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
Lizbona cz. 6

W czwartek pociągiem z Cais do Sodre jedziemy około 40 minut do położonego nad Atlantykiem Cascais. Atrakcja jest podwójna, spotkać się mam bowiem z moją imienniczką, z którą pracowałyśmy przez kilka lat w tej samej szkole językowej, a zarazem moim ostatnim poznańskim miejscu pracy przed przeprowadzką do Międzygórza. Nie widziałyśmy się zatem około 7 lat. A. to obieżyświatka. Angielskiego uczyła w Wietnamie i w Brazylii. Tam też poznała swojego męża, z którym obecnie mieszka w Portugalii. Oprowadza nas po miejscowości, w której pysznią się palmy, hotele-apartamentowce czy też bogate rezydencje. Urokliwe jest również centrum Cascais z placykami, wąskimi uliczkami, knajpkami i restauracjami. Mnie jednak urzeka najbardziej Boca do Inferno ('Wrota Piekieł') - odległy od miasta o 1km wysoki klif ze skalnymi pieczarami, do których próbuje wedrzeć się Atlantyk.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dalej nadatlantycką promenadą wędrujemy już same z mamą. A. czekają niebawem obowiązki, więc musimy się pożegnać. Wzruszone deklarujemy chęć spotkania w Międzygórzu. Tak się szczęśliwie składa, że mąż A. pokochał polskie góry.

Jeszcze kilkaset metrów i w częściowo zacienionym ogrodzie nad brzegiem oceanu znajdziemy kilka knajpek, by w jednej z nich zjeść nasz główny posiłek dnia: ja sałatkę z kurczakiem, całym mnóstwem warzyw, grzaneczkami i parmezanem, mama sałatkę z krewetkami. Do tego oczywiście mała butelka wina, której większą część wypijam ja. Czekają nas prawie 3km drogi powrotnej na stację kolejową. Zobaczymy sporą część centrum i stwierdzimy, że Cascais maleńkie na pewno nie jest.

 

 

 

C.D.N.

Tagi: Lizbona
18:00, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 maja 2017
Lizbona cz. 5

W środę przeprawiamy się promem do Cacilhas, niewielkiej miejscowości położonej po drugiej stronie rzeki Tag. Najpierw zieloną linią metra docieramy do głównego hubu komunikacyjnego Lizbony, Cais do Sodre, następnie płyniemy niecały kwadrans. Przed powstaniem Mostu 25 Kwietnia miejscowość była ważnym węzłem komunikacyjnym dla stolicy, tętniła życiem. Po tym okresie pozostały opustoszałe, zrujnowane magazyny ciągnące się wzdłuż brzegu rzeki, w których mieszkają koty dokarmiane przez lokalnych mieszkańców.

 

Wędrujemy wzdłuż opustoszałych magazynów, by po około 20 minutach dotrzeć do Elevador da Boca do Vento, windy, która zawiezie nas do starej części miasteczka.

 

Trafiamy na rodzaj tarasu widokowego położonego w okolicach miejscowego zamku. Zamek okazuje się jednak niedostępny dla turystów, co próbuje mi wytłumaczyć napotkana Portugalka. Nie mówi po angielsku, więc porozumiewamy się ja po hiszpańsku, ona po portugalsku.

 

 

 

 

 

Przechadzamy się po miejscowości, w porównaniu z Lizboną panuje tu spokój i cisza. W centrum miasteczka wchodzimy do kawiarni, w której pytam o popularny portugalski likier z wiśni Ginjinha ('żińżińja'). Możemy go tu skosztować, więc zamawiamy jeszcze espresso i beziki. Rachunek na dwie osoby wyniesie... 3,70 euro.

 

 

 

 

 

Tradycyjnie już pyszny obiad zjemy na nabrzeżu w jednej z restauracji: ja pieczoną cielęcinę w znakomitym sosie z grilowanymi ziemniakami, mama zapiekane w cieście fasole typu 'jaś' z ryżem w pomidorowym sosie. Do tego mała butelka wina.

 Po powrocie do Lizbony udajemy się jeszcze do katedry Se. Udaje nam się wejść do środka. Odnosimy jednak wrażenie, że z zewnątrz wygląda bardziej imponująco.

 

Kierując się w stronę przystanku słynnego żółtego tramwaju 28, którym zamierzamy odbyć część drogi powrotnej do domu, wstępujemy jeszcze do sklepu ze stylowymi portugalskimi płytkami ceramicznymi czyli azulejos.

 

Podziwiamy też nieznane nam drzewa.

 

 

 

A potem już właściwie tylko jazda słynnym tramwajem i widoki z niego.

 

 

 

 

C.D.N.

Tagi: Lizbona
16:40, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
Lizbona cz. 4

We wtorek wyjeżdżamy do Sintry. Najpierw dostajemy się zieloną linią metra do stacji Rossio, następnie z położonego nieopodal dworca kolejowego Rossio  w około 40 minut pociągiem dostajemy się do bardzo popularnej wśród turystów Sintry. Od niemal 1000 lat, czyli czasów mauretańskich, stanowiła ona ulubione miejsce wypoczynku kolejnych władców Lizbony. Stąd tyle tu pałaców, zamków i klasztorów.

 

 

Rzeczywiście kręci się tu bardzo wielu ludzi z różnych krajów. Największe skupisko turystów to ścisłe centrum miasteczka i okolice Pałacu Narodowego.

 

 

My decydujemy się na zwiedzanie tylko jednego pałacu. Quinta da Regaleira zapowiada się najbardziej tajemniczo. Wzniesiona została na początku XX w. na zlecenie brazylijskiego bogacza Antonio Carvalho Monteiro. Jest najmniej krzykliwa w porównaniu z kilkoma innymi budowlami w żywych pastelowych kolorach, a otoczona jest pięknym parkiem pełnym urokliwych zakamarków i rzeźb. Ja za wstęp płacę 6 euro, mama 4.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W Quinta da Regaleira jest zdecydowanie spokojniej niż w ścisłym centrum miejscowości. Być może sprawia to położenie - oddalenie o około 1km od największego zgiełku. Teraz decydujemy się coś przekąsić. W niewielkiej knajpce nie ma wielkiego wyboru. Ja zjem więc niezłą lasagnę, mama sałatkę. Po obiedzie wracamy pieszo w okolice dworca kolejowego, sprzed którego co 30 minut odjeżdża autobus 403, który w ciągu 40 minut dowiezie nas nad Atlantyk na Cabo da Roca, czyli najdalej na zachód wysunięty punkt kontynentalnej Europy.

 

 

 

 

 

 

Jesteśmy zachwycone. Tradycją już jest, że do domu wracamy dość późno, między 19.00 a 20.00. W domu jeszcze zrobienie rachunków i dopięcie z mapą i przewodnikiem planów na kolejny dzień. A potem wypoczynek i sen, czyli nabieranie sił na kolejny pełen wrażeń dzień.

C.D.N.

Tagi: Lizbona
15:52, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 kwietnia 2017
Lizbona cz. 3

Poniedziałek Wielkanocny. Dziś znów wyruszamy do ścisłego centrum miasta, a dokładnie do dzielnicy Chiado. W Lizbonie jest wiele wind, którymi można poruszać się po mieście. Rzecz w tym, że większość z nich przypomina po prostu jednowagonikowe tramwaje: Bica, działająca od 1892r., Gloria, działająca od 1885r., i najstarsza Lavra uruchomiona w 1884r. Jedyną w mieście windą pionową i jednocześnie najsłynniejszą jest otwarta w 1902r. Santa Justa. Zieloną linią metra, której stacja zlokalizowana jest około 100m od miejsca naszego zamieszkania jedziemy 3 przystanki do stacji Rossio. Tu wychodzimy na popularny deptak Rua Augusta, z którego odchodzi krótka boczna uliczka doprowadzająca do słynnej windy.

 

Kolejka do windy jest długa. Spędzimy w niej około 30-40 minut, ale nie będziemy żałować. Mama przysiada na schodkach by nie męczyć nóg, ja pilnuję naszego miejsca w szeregu.

Wreszcie wsiadamy. Przejażdżka odbywa się w ramach naszej karty, którą wykupiłam jeszcze na lotnisku po przylocie. Jednak by móc wejść na zlokalizowany na szczycie punkt widokowy będziemy musiały dopłacić 1,5 euro każda. Tak też robimy.

 

Stąd widzimy też Convento do Carmo, do którego prowadzi pasaż z windy Santa Justa. To nasz kolejny cel.

 

Klasztorny kościół utracił dach podczas trzęsienia ziemi w 1755r. gdy akurat trwała msza. Podczas odbudowy miasta podobno postanowiono zabezpieczyć ruinę w niezmienionej formie tak by wciąż przypominała o minionej tragedii.

 

 

W klasztorze znajduje się Muzeum Archeologiczne Karmelitów. Oglądamy tu eksponaty sztuki prekolumbijskiej Inków i Azteków, przedmioty codziennego użytku ludów zamieszkujących tereny obecnej Portugalii w okresie 3500 - 1500 lat p.n.e., XVI-wieczne azulejos, egipski sarkofag z VIII-VII w.p.n.e. czy też mumie z prekolumbijskiej Ameryki Południowej. Przyglądamy się szczegółowo doceniając kunszt sprzed tak wielu lat i mając świadomość, że były to etapy w życiu i sztuce, które dały nam to,  z czego dziś możemy korzystać.

Wychodzimy na Largo do Carmo, placyk z kawiarniami, z XVIII w. fontanną i kilkoma kamiennymi stolikami. Siadamy i odpoczywamy, po czym udajemy się na obiad do pobliskiej niewielkiej knajpki, gdzie mamy okazję skosztować pysznych steków z tuńczyka.

Po obiedzie wędrujemy popularną pełną butików Rua Garrett. Mama trzyma mnie pod rękę, bo pochyłości ulicy sprawiają, że nasze buty tracą nieco przyczepność, tym bardziej, że właściwie wszystkie chodniki Lizbony, które przedeptałyśmy pokryte są drobną kostką brukową.

 

Teraz jeszcze powędrujemy nad rzekę Tag. Kupimy sobie ja drink caipirinha, a mama sangrię. Popatrzymy na wodę, odetchniemy głęboko i pomyślimy: jakie życie potrafi być hojne.

 

 

 

 

C.D.N.

Tagi: Lizbona
13:33, agnieszka.dombrowska
Link Komentarze (2) »
Lizbona cz. 2

W Niedzielę Wielkanocną po śniadaniu ubrane w letnią odzież rozpoczynamy zwiedzanie Lizbony. Wędrujemy w dół położoną obok naszego miejsca zamieszkania ruchliwą Avenida Almirante Reis aż do Praca Martim Moniz. Cieszymy się piękną pogodą i widokiem pokrytych ceramicznymi płytkami 'azulejos' fasad budynków. Nie rzucają nam się w oczy żadne świąteczne parady. Sklepy, bary i restauracje są otwarte. Wygląda na to, że Portugalczycy mają do Wielkanocy stosunek raczej swobodny.

Na Praca Martim Moniz odbijamy w lewo w kierunku starej dzielnicy Alfama. Zanim do niej dotrzemy kierujemy się w stronę przylegającej do Alfamy dzielnicy Graca i znajdującego się w niej punktu widokowego. Tam na chwilę przycupniemy by cieszyć się ciepłem i otaczającymi widokami.

 

Po odpoczynku i przekąszeniu owoców ruszamy w dalszą drogę. Naszym celem jest teraz Zamek Św. Jerzego. Meandrujemy wąskimi uliczkami podążając za tłumem turystów. Zazwyczaj nie przepadam za tłumami, jednak tym razem nawet niespecjalnie zwracamy na mnogość turystów uwagę. Zbyt wiele jest nowych pięknych wrażeń. Zbyt sprzyja pogoda by coś miało nas niepotrzebnie rozpraszać.

Pod Zamkiem występują rozmaici artyści. A to ktoś tworzy dzieła ze... śmieci, ktoś inny wygrywa rytmy na bębnach, melodie na gitarze. Odstawszy niedługi czas w kolejce nabywamy bilety (8.50 i 5 euro - mama z racji wieku ma zniżkę) i wchodzimy na otoczoną zamkowymi murami otwartą przestrzeń, z której roztacza się wspaniały widok na czerwone dachy miasta, rzekę Tag i znajdujące się na niej mosty.

 

 

Znów chwila odpoczynku, studiowanie mapy, trochę zdjęć, a następnie przygoda na zamkowych murach.

 

 

 

 

Przed wyjściem z terenów zamkowych spotykamy jeszcze pawie. Odpoczywają na ... drzewie.

 

 

Teraz chcemy odwiedzić słynną katedrę Se. Wyjście z Zamku niejako automatycznie naprowadza nas na właściwy kierunek. Nieśpiesznie więc wędrujemy w jej kierunku po drodze podziwiając na budynkach takie oto obrazki.

 

Wreszcie wyłania się romańska świątynia. Dziś do niej co prawda nie wejdziemy - okazuje się zamknięta, ale zdążymy ją jeszcze odwiedzić.

 

Przy katedrze rosną pomarańczowe drzewka. Oczywiście zresztą nie tylko tu, niemniej mają nieodparty urok, któremu po prostu nie potrafię się oprzeć.

 

Zgłodniałyśmy, więc decydujemy się na posiłek. Po drugiej stronie ulicy znajdują się dwie knajpki. W pierwszej z nich niczego dla siebie nie znajdujemy, ale za to z drugiej roznoszą się tak niesamowite zapachy, że decydujemy się poświęcić dobrą chwilę by zaczekać na stolik. Nie będziemy żałować. Ja zjem wieprzowinę z grilowanymi krewetkami (tak, tak, niby niewydarzone połączenie, za to jakże smakowite), mama  - stek. Do tego 'vinho verde' ('zielone wino'), czyli pyszne lekkie młode portugalskie wino podawane zazwyczaj do posiłków. Obsługuje nas przemiły młody Portugalczyk. Zostawiamy mu zasłużony napiwek. Będę robić to zresztą w każdym miejscu. Ceny są bardzo przyzwoite, a obsługa tak miła, sprawna i nienachalna, że trudno mi po prostu ich pracy i nastawienia nie docenić. W trakcie posiłku dzwoni brat z Norwegii z Wielkanocnymi życzeniami. Niemal z pełnymi ustami podekscytowana opowiadam mu nasze pierwsze pełne zachwytu wrażenia.

Teraz uliczkami Alfamy kierujemy się w dół w kierunku Muzeum Fado. Mijamy knajpki, gdzie 'fado' grane jest na żywo. Musiałybyśmy jednak pozostać w ścisłym centrum do późna wieczorem, a już daje znać o sobie zmęczenie. Zatem odpuszczamy. Przecież wiem, że do Portugalii wrócę jeszcze nie raz. Gdy myślę teraz o Lizbonie robi mi się zwyczajnie ciepło na sercu.

 

 

 

 

C.D.N.

Tagi: Lizbona
12:05, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 kwietnia 2017
Lizbona cz. 1

Ziściło się moje marzenie. Do Lizbony chciałam pojechać od lat. Bilety na samolot zakupiłam już w październiku ubiegłego roku, a rezerwację pokoju zrobiłam jeszcze wcześniej. Kupiłam przewodnik i mapę, i zaczęłam przygotowania.

Przygotowywałam się dość dokładnie mając świadomość, że w podróż zabieram 77-letnią mamę, której ogólna kondycja psychofizyczna jest szczęśliwie bardzo dobra, jednak nie byłaby w stanie zbyt wiele mi w owych przygotowaniach pomóc. Ja jednak bardzo lubię organizować podróże :).

W Wielki Piątek wyruszyłyśmy do Wrocławia - mama z Gdyni, ja z gór. Spotkałyśmy się na Dworcu Głównym po godzinie 18.00. Zlokalizowałyśmy przystanek autobusu 106, który następnego dnia miał nas zawieźć na lotnisko, zameldowałyśmy się i pozostawiłyśmy bagaże w przyzwoitym hostelu niedaleko dworca, po czym udałyśmy się na Stare Miasto.

Kosmopolityczny Wrocław urzeka, zasługuje na dłuższy pobyt. Liznęłyśmy zaledwie okolice Starego Rynku. Ze względu na zapadający zmrok nie dotarłyśmy już na Ostrów Tumski. Jeszcze to nadrobimy.

Przed południem po śniadaniu opuściłyśmy hostel i ruszyłyśmy na lotnisko. Autobus sprawnie nas na nie dostarczył. Przeszłyśmy bezboleśnie odprawę, a potem fruuu.... . Leciałyśmy 3h40min, podobno na wysokości 10km 60m z prędkością 850km/h. Temperatura na zewnątrz podczas lotu wynosiła minus 50 stopni. To dlatego między szybkami okien w samolocie zbierał się szron.

Ciekawostką jest doskonała widoczność podczas całego lotu. Praktycznie nie było widać pod nami chmur, jedynie pojedyncze przeźroczyste obłoczki. Widać natomiast było naszą piękną ziemię, jej góry, pola, rzeki i zabudowania.

Po wylądowaniu przywitało nas ciepłe powietrze i wiatr. Teraz metrem trzeba się było dostać do punktu zamieszkania. Na stacji metra wykupiłam nam specjalną kartę nabijając na nią kredyt 15 euro. W ten sposób do momentu wyczerpania kredytu uprawnione byłyśmy do przemieszczania się wszystkimi możliwymi środkami transportu w Lizbonie: metrem, pociągami, autobusami, tramwajami, promami i miejskimi windami. Ze wszystkich środków skwapliwie korzystałyśmy nabijając kartę tą samą kwotą jeszcze raz w trakcie pobytu.

Nasza lokalizacja przy Rua Cidade Liverpool okazała się strzałem w dziesiątkę. To było właściwie już centrum, skąd z łatwością mogłyśmy się dostać do większości atrakcji stolicy Portugalii czy to na piechotę, czy też zieloną linią metra. Z pewnym opóźnieniem dotarłyśmy na kwaterę, która okazała się bardzo przytulna i wygodna. Jej gospodynią była pochodząca z Chile Catalina. Prowadzi działalność z czarnoskórym sympatycznym mężem. We Włoszech studiowała na ichnim ASP rzeźbę,  a następnie robiła specjalizację z wyrobu biżuterii. Jej naszyjniki, bransoletki i pierścionki podziwiać można było w salonie w gablotce za szkłem. Jeśli podziw nabrał konkretnych kształtów, prace można było zakupić. W ostatnim dniu pobytu nie oparłam się pokusie i mam pamiątkę w postaci pięknego srebrnego pierścionka z zielonym oczkiem.

CDN.

Tagi: Lizbona
16:43, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 lutego 2017

 

W Międzygórzu zima. Prawdziwa od dobrych kilku lat.

 

 

Gdy czas pozwala wędrujemy. Oczy cieszymy bielą.

 

 

Bywa, że nie zostawiamy śladów.

 

 

W końcu przed nami zrobiło to już wielu innych.

 

 

Wierzymy, że mimo wszystko robimy co się da.

 

 

Choć czasem wystarczy po prostu ulepić bałwana.

 

 

 Za zdjęcia dziękuję Markowi.

 

 

21:26, agnieszka.dombrowska
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Tagi
Księga gości Napisz do mnie