RSS
środa, 01 listopada 2017
p.s.

Dziękujemy naszym hiszpańskim przyjaciołom za niezwykłą serdeczność, gościnność i pomoc. Dziękujemy Asun, Pilar, ich rodzicom - Antonio i Francesca, oraz Juli, Lidii i Mari Carmen. Czuliśmy się jak w domu :) ! / Les agradecemos a nuestros amigos españoles por su extraordinaria cordialidad, hospitalidad y ayuda. Les agradacemos a Asun, Pili, sus padres Antonio y Francesca, y a Juli, Lidia y Mari Carmen. Nos hemos sentido como en casa :) !

16:06, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
Andaluzja, Hiszpania cz.9

Niedziela to nasz ostatni dzień przed wylotem do Polski. Przed południem przychodzą MaCa i Lidia. Przyniosły zrobione przez Lidię tortille -jedna jest z czosnkiem, druga bez. Do tego majonez domowej roboty. Dziewczyny podają nam również dużą, pełną upominków torbę. Z wrażenia zaniemówiliśmy. W torbię są: koszulka z nadrukiem Malagi dla M., portfelik z nadrukiem Malagi dla mnie, książeczka w dwóch językach, angielskim i hiszpańskim, o Maladze z odręcznymi dedykacjami od dziewczyn, figi z Malagi i typowe dla Malagi kremowe ciasteczka tortas locas ('szalone ciastka'). Szalone to są dziewczyny, że tyle dla nas robią i tak nas obdarowują. Wyściskawszy je i wycałowawszy zasiadamy do tortilli. Czego nie zjemy, poleci z nami do Polski.

Wyruszamy z dziewczynami do centrum. Dziś zdeptywać będziemy Malagę, szczególnie Gibralfaro i Alcazabę. O 18.00 jesteśmy umówieni z Asun, Pili i ich rodzicami na pożegnalną kawę. A zatem zwiedzanie Malagi czas zacząć!

800-tysięczna Malaga to jedno z głównych miast Costa del Sol. Położona nad Morzem Śródziemnym przyciąga tłumy turystów. Bliziutko stąd do Cieśniny Gibraltarskiej i Afryki. Jest miastem o długiej historii. Już  w VIII wieku p.n.e. Fenicjanie zakładają tu miasto Malaka. Potem przewiną się tu Kartageńczycy, Rzymianie, Wizygoci i Arabowie, którzy pojawiają się na Półwyspie Iberyjskim w 711 roku naszej ery. Pozostaną tu do XV wieku. W Maladze, podobnie jak w całej właściwie Andaluzji, bardzo wyraźne są ślady ich bytności.

 

Za Ratuszem zaczynamy się wspinać w kierunku Gibralfaro. To wzgórze, na którym znajduje się muzułmański zamek. Stanowił on koszary wojsk muzułmańskich chroniących znajdujący się niżej zespół pałacowy czyli Alcazabę przed chrześcijańskimi najeźdźcami.

 

 

 

 

 

Ze wzgórza roztaczają się wspaniałe widoki na całe miasto. Malaga jest raczej rozciągnięta, dość długa i niezbyt szeroka.

 

 

Miasto ma imponującą arenę do walki byków. My jednak nie jesteśmy miłośnikami tego sportu. Hiszpańskie dziewczyny zresztą też nie.

 

 

Teraz już zaczniemy kierować się w dół by poszukać miejsca na obiad, po którym będziemy kontynuować zwiedzanie, tym razem Alcazaby.

 

Obiad jemy w knajpce La Lechuga ('Sałata'). Na początek obowiązkowo tapas: bułka z dyniową 'jajecznicą', jamón ibérico (szynka iberyjska) nadziewany twarożkiem i kiełkami oraz mięsne kulki z bazyliowym sosem. Następnie sałatka z kurczakiem i sałatka z owocami morza. Wszystko dzielimy między sobą. My z M. popijamy nasze ulubione barbadillo, dziewczyny piją piwo. W Hiszpanii trudno jest wyjść z domu bez zahaczenia o jakiś bar. Umawiasz się na spacer? Uważaj czy czasem się nie odchudzasz.

 

 

 

Posiłek będzie dobrym momentem by nauczyć dziewczyny kilku polskich przekleństw, o co Lidia wyraźnie się dopomina, następnie z MaCa skrupulatnie analizują usłyszane frazy.

Teraz przez ścisłe centrum przedostajemy się w okolice Alcazaby.

 

 

 

Bezpośrednio pod kompleksem pałacowym znajduje się Teatro Romano z I wieku p.n.e.  Natomiast najstarsze elementy Alcazaby pochodzą z XI wieku naszej ery, są więc starsze od tych, które znajdują się w Alhambrze (Granada). Za chwilę i my otrzemy się o pozostałości średniowiecznej architektury arabskiej. W niedzielę od 14.00 wstęp bezpłatny. W pozostałe dni i niedzielne przedpołudnie (poza poniedziałkiem gdy kompleks jest zamknięty) bilet wstępu kosztuje 2,20 euro.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

Jeszcze rzut okiem na mieszkanie pochodzącego z Malagi Antonio Banderasa - urzęduje sobie za kolorowymi szkiełkami poniżej:

 

W Maladze urodził się również Picasso. Na Plaza de la Merced wciąż stoi dom, w którym spędził dzieciństwo. Jest też muzeum jego imienia prezentujące głównie jego rysunki i grafiki.

Rzucamy jeszcze okiem na zbudowaną na miejscu dawnego meczetu katedrę z jedną wieżą. Stąd jej nazwa La Manquita ('jednoręka').

 

Powoli kończymy nasze zwiedzanie w towarzystwie dziewczyn. Przed nami jeszcze spotkanie z rodziną Asun i pakowanie, a w nocy pobudka i taksówka na lotnisko.

 

Za zdjęcia dziękuję Markowi.

15:55, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 października 2017
Andaluzja, Hiszpania cz.8

Sobotnie przedpołudnie jeszcze spędzamy w Rondzie. M. i Asun szykują nam prowiant na dzisiejszy dzień, a mianowicie robią pyszną tortilla de patatas. Jej składniki to cebula, ziemniaki, jaja, można dodać czosnek, no i wszystko obsmaża się w nieprzypadkowej kolejności na oliwie Extra Virgin.

Tak wyposażeni jedziemy do oddalonego o około 60km El Chorro, tam bowiem znajduje się cel naszej dzisiejszej wyprawy czyli El Caminito del Rey ('Ścieżka Króla'). Jest to pieszy szlak o długości około 5km, który ciągnie się wzdłuż ścian wapiennego wąwozu w parku narodowym Desfiladero de los Gaitanes. Dnem wąwozu płynie rzeka Guadalhorce, natomiast ściany wąwozu to pionowe urwiska skalne osiągające wysokość ponad 100m. Szlak pieszy prowadzi w większości prawą stroną wąwozu, natomiast lewą stroną biegnie przecięta w kilku miejscach mostami i tunelami linia kolejowa.

W szlaku zakochałam się bez pamięci gdy tylko zobaczyłam jego zdjęcia w internecie jakieś 1,5 roku temu. Rzeczywistość przerosła oczekiwania.

Droga powstała na początku XX wieku na potrzeby transportu materiałów do budowy zapory wodnej. W 1921 roku król Alfonso XIII miał przebyć tę trasę by zainaugurować jej otwarcie. Stąd nazwa drogi 'królewska'.

Obecny szlak poddany został kilka lat temu gruntownej renowacji. W związku z kilkoma śmiertelnymi wypadkami postanowiono zabezpieczyć szlak barierkami, więc w tej chwili przejście go nie stanowi problemu dla przeciętnego turysty. Przed renowacją natomiast mógł dostarczać nie lada adrenaliny. W pewnej mierze doświadczyła tego Asun, która przed laty wybrała się tu ze znajomymi, w tym z wprawionym 'skałkowiczem'. Skałkowiczów tu zresztą sporo, mają naprawdę interesujące warunki do wspinaczki.

Bilety można kupić jedynie przez internet. Mimo iż zrobiliśmy to na 2 miesiące przed terminem, nie udało nam się już kupić zwykłych wejściówek za 10 euro. Musieliśmy dopłacić kolejne 8 za wizytę z przewodnikiem, z której i tak ostatecznie nie skorzystamy. Wolimy zwiedzać tę trasę we własnym tempie i bez zbędnych, wstrzymujących nas komentarzy. Na szczęście nikt nam tego nie zabrania. I mimo że organizacja pracy pozostawia w tymże Parku Narodowym sporo do życzenia, jedno z pewnością trzeba Hiszpanom oddać: nie są nieżyczliwi i małostkowi. Asun pomyłkowo wykupiła swoją wejściówkę na g. 10.00. Natomiast nikt jej nie robił problemów z wejściem razem z nami na 16.30.

A więc w drogę!

 

 

 

Na zdjęciu poniżej wyraźnie widać fragmenty starego szlaku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Teraz jeszcze dwa kilometry drogą maszerujemy do autobusu - bilet 1,55 euro wykupiliśmy razem z wejściówką na Drogę Królewską ( w sumie 18 + 1,55 euro). Autobusem przemierzamy trasę do punktu początkowego, gdzie na parkingu pozostawiliśmy auto (parking bezpłatny). Przejście całej trasy i powrót autobusem zajęły nam 3h z kawałkiem. To niemało, ale koniecznie należy wliczyć czas na zachwyty i robienie zdjęć.

Zdjęcia własne poza moim zdjęciem z Asun (robił Marek) i z Markiem (robiła Asun).

C.D.N.

sobota, 28 października 2017
Andaluzja, Hiszpania cz.7

W czwartek wieczorem z Asun wyjeżdżamy samochodem do oddalonej od Malagi o około 100km Rondy. Pochodząca z Malagi Asun wynajmuje tam mieszkanie. Ma tam roczny kontrakt na nauczanie techniki  w jednej z podmiejskich szkół. 

Mieszkanie jest duże. Składa się z trzech sypialni, salonu, dwóch łazienek, obszernej kuchni i długiego przedpokoju. Nie będziemy się późno kłaść. Asun następnego dnia idzie do pracy, a i my jak dotąd chodzimy raczej niedospani.

Następnego dnia budzimy się dopiero przed 9.00. Asun jest już w trakcie śniadania i za pół godziny wychodzi. Zostawi nam jeszcze klucze, wytłumaczy jak dojść do centrum i zobaczymy się dopiero po południu.

A zatem zwiedzanie Rondy czas zacząć. Ronda jest niewielkim miastem, liczy około 36 tysięcy mieszkańców, mniej więcej tyle co Kłodzko. Z bloku, w którym mieszka Asun w trzy minuty dochodzimy do jednej z głównych ulic. Idąc nią prosto dojdziemy do głównego deptaka Rondy, który z kolei doprowadzi nas do słynnego Puente Nuevo. Ten zbudowany w XVIII wieku most łączy dwie dzielnice miasta: południową mauretańską La Ciudad i późniejszą chrześcijańską część starówki El Mercadillo. Ronda położona jest po dwóch stronach skalistego wąwozu El Tajo, głębokiego na około 160m, i szerokiego w niektórych miejscach na prawie 100m. Dołem wąwozu płynie rzeka Guadalevín .

Na deptaku zaopatrzę się jeszcze w dwie kapitalne, barwne tuniki za równie kapitalną cenę. A potem ulegniemy już czarowi zabytków. Ludzi jest mnóstwo, stosunkowo często słyszymy język polski. Jest gorąco - temperatury jak w trakcie polskiego lata przy pełnym słońcu. Do chodzenia w okolicach Puente Nuevo i zdeptywania ścieżek wokół wąwozu są niewątpliwie potrzebne wygodne buty. Miejscami jest dość stromo i kamieniście.

 

 

 

 

Wzdłuż ścieżek rosną migdałowe drzewka. Część migdałów jest pyszna, niektóre są gorzkie, niejadalne.

 

 

O 15.00 jesteśmy umówieni z Asun na obiad. Czas więc zawrócić tym samym deptakiem, którym się tu dostaliśmy do knajpki z owocami morza, którą Asun polecono w pracy.

 

 

Knajpka o nieco mylącej nazwie Cazadores  (myśliwi) - specjalizuje się bowiem w owocach morza -  pełna jest hiszpańskich klientów. Dzięki znajomości z naszymi hiszpańskimi dziewczynami udaje nam się jeść tam, gdzie jedzą lokalsi lub po prostu Hiszpanie. Unikamy w ten sposób miejsc nastawionych na zagraniczną klientelę, dzięki czemu mamy możliwość skosztować autentycznych smaków Andaluzji. Zamówimy dania na wspólnych talerzach. Z nich nakładać będziemy sobie porcje na nasze osobiste mniejsze talerzyki. I tak jemy bakłażanowe frytki polane syropem z trzciny cukrowej, grilowane pieczarki, odmianę maleńkich małż w sosie czosnkowym, rybę rosada i panierowane kawałeczki dorsza. Popijamy lekkie i pyszne białe wino Barbadillo. Uczta nieziemska. Nie potrafię wyjść z podziwu jak wspaniałe potrawy przyrządzane są w krajach śródziemnomorskich ze świeżych owoców morza.

Po uczcie w drodze do domu w markecie zaopatrzymy się w wyżej wspomniane białe wino oraz wino Malaga. Zabierzemy je do Polski, podobnie jak kupione chwilę później migdały w łupinach i jadalne kasztany.

Wieczorem jeszcze raz udajemy się w okolice Puente Nuevo. Tym razem Asun prowadzi nas rozmaitymi zakamarkami Rondy byśmy mogli odkryć nieco więcej z jej piękna. Asun zwraca nam uwagę na charakterystyczne wykuszowe okna. Jest ich tu bardzo wiele, niektóre już bardzo wiekowe.

 

 

 

 

Pokręciwszy się w okolicach słynnego mostu i nacieszywszy nim oczy odbijamy od ścisłego centrum w stronę ulicy pełnej barów tapas. Miniemy duży park, wzdłuż którego rozstawione zostały stoliki, a przy nich młodzież paląca wodne fajki wypełnione aromatycznymi tytoniami, ponoć bardziej uzależniającymi od papierosów.

Bary tapa są pełne. Z trudem udaje nam się znaleźć wolną beczkę. Gdy jednak już zasiądziemy przez dłuższy czas nie oddamy swoich miejsc. Pić będziemy piwo zakąszając a to bułeczką z przepiórczym jajkiem, a to szaszłyczkiem z kurczaka.

 

Zwróćcie uwagę na dwa obrazki w głębi baru. To Jezus i Maria. I nikomu nie przychodzi do głowy by wszczynać aferę o obrazę uczuć religijnych.

 

 

Za zdjęcia dziękuję Markowi.

C.D.N.

18:12, agnieszka.dombrowska
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 października 2017
Andaluzja, Hiszpania cz.6

 

 

Czwartek. Gdzieś tam w tyle głowy ćmi nam się jeszcze wtorkowa historia. Zakładaliśmy oczywiście, że problem będziemy musieli rozwiązać sami. Jednak nasi hiszpańscy przyjaciele sprawili, że stało się inaczej. To wszystko czym nas obdarowali w ciągu naszego tygodniowego pobytu w Andaluzji niosę i odczuwam w sobie do dziś. Mówią, że piekło jest tam, gdzie każdy ciągnie w swoją stronę. A niebo tam, gdzie współpraca i empatia. Znaleźliśmy się więc niewątpliwie w niebie.

Dziś wybieramy się do Torcal de Antequera. To jeden z najciekawszych rezerwatów przyrody w Andaluzji. Wapienne skały przybierają fantazyjne kształty. Mamy sfinksa, śrubę, wazon, kielich, kapelusz czy ślimaka. Rozmaitość form znamy z Gór Stołowych czy też czeskich skalnych miast. Tam jednak mamy do czynienia z piaskowcem. Poza tym w naszych stronach nie ma sępów :).

M. i ja jedziemy samochodem z Asun i Pili. Lidia i MaCa jadą razem za nami. Po zwiedzeniu rezerwatu Asun i Pili wrócą do Malagi by z rodzicami pocelebrować nieco imieniny Pili. My z Lidią i MaCą pojedziemy jeszcze do Antequery.

Jest sporo zwiedzających. Słyszymy jednak jedynie hiszpańskojęzycznych turystów. Trwa ogólnokrajowy długi weekend, więc całe rodziny korzystając z wolnego czasu przemieszczają się po półwyspie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kwiatek poniżej zwiastuje nadejście chłodów. Im więcej takich kwiatków tym większa szansa na śnieg, który jest tu w okresie zimowym regularnym gościem.

 

 

 

Teraz udajemy się do Antequery, w której tle widzimy Skałę Kochanków (La Peña de los Enamorados ) M. pięknie o niej ( o skale) napisał: '...towarzyszyła nam tego dnia już od rana. Najpierw jako niewyraźny kształt w oddali i naprędce opowiedziana w samochodzie niezbyt oryginalna legenda o młodym chrześcijaninie i muzułmańskiej księżniczce, którym nie pozwolono być razem, więc połączyli się jak umieli, skacząc razem z jej szczytu.
Skała Kochanków ukazywała nam się wielokrotnie, kiedy wspinaliśmy się krętą drogą do miasta Antequera, nazywanego przez wielu "el corazón de Andalucía" („serce Andaluzji”), bacznie nas obserwowała, kiedy przedzieraliśmy się z dziewczynami przez kłujące i drapiące chęchy* w poszukiwaniu wejścia do megalitycznych dolmenów sprzed ponad 5000 lat, a potem, kiedy już „na deser” po przepysznych tapas mierzwiliśmy wzrokiem panoramę miasta spod murów położonej na wzgórzu kolegiaty Santa Maria la Mayor, ona jakby wciąż na coś czekała, przycupnięta w dyskretnym oddaleniu od granic miasta.
'

Najpierw zwiedzamy dolmeny. Zanim to jednak nastąpi długo szukamy do nich wejścia zataczając duży krąg wzdłuż metalowej siatki. Ktoś mógłby zacytować autora Koziołka Matołka ' długo szukał biedaczysko tego, co miał bardzo blisko'. Samochód zostawiliśmy przy stacji benzynowej. Wystarczyło skierować się w prawo, a nie w lewo, by znaleźć najbliższe wejście. Jednak wydeptana ścieżka wskazywała na to, że wielu było przed nami takich Koziołków Matołków. A poza tym towarzystwo naszych hiszpańskich dziewczyn bezcenne: im dłużej, tym lepiej Tak więc nie ma tego złego... .

 

 

 

Teraz jedziemy do centrum miejscowości. Ze względu na długi weekend (el puente) będziemy mieć klopot ze znalezieniem miejsca do parkowania. Po kilku okrążeniach  w obrębie centrum wreszcie udaje nam się zostawić samochód. Idziemy do poleconej przez MaCa knajpki. Jest to rodzinny interes prowadzony przez ojca i przesympatycznego niepełnosprawnego intelektualnie syna. Dziewczyny wyjaśniają nam widniejące na karcie dań hasła. Do wspólnego podziału wybieramy porra antequerena, czyli rodzaj gęstego chłodnika zawierającego zmiksowane pomjdory, chleb, oliwę, sól, czerwoną paprykę i czosnek z dodatkiem kawałków tuńczyka i jajka. Poza tym na główne danie zamawiamy pyszną rybę rosada, ośmiornice czyli pulpos i pieczoną jagnięcinę czyli cordero asado. Wszystko - poza porro - a la plancha, czyli z płyty grilowej. Nie mam pojęcia jak to robią Hiszpanie, ale wszystkie owoce morza, które mieliśmy możliwość spróbować, pozbawione były charakterystycznego mało apetycznego zapachu mułu. Były po prostu pyszne!

 

 

 

Antequera to miasto klasztorów i kościołów. Lidia twierdzi, że każdą z ulic wieńczy albo jedno, albo drugie. W zeszłym roku z koleżankami wynajęły salę w klasztorze na kilkudniowe odosobnienie. Lidia, która pali, lubi piwo, przekleństwa, kręcenie biodrami i dobre jedzenie. Lidia, która od kilku tygodni walczy z rakiem piersi - stąd chustka na głowie (jest w trakcie chemioterapii) - a mimo to nie opuszcza jej humor i energia. Ten hiszpański katolicyzm, gdy można z zaprzyjaźnionym księdzem homoseksualistą wyjechać do Tangeru by wspólnie spędzić Sylwestra, jest dla mnie jakimś objawieniem. Duchowość jest dla mnie bardzo istotna. Nie szukam jednak jej atrybutów na zewnątrz. Szukam jej w sobie. Lidia, również Juli, pokazują, że katolicyzm jest ok, katolicyzm jest dla ludzi - nie na odwrót. Może kiedyś również w Polsce.

Za zdjęcia dziękuję Markowi.

 

C.D.N.

sobota, 21 października 2017
Andaluzja, Hiszpania cz.5

Jak już wspomniałam środa miała być dniem na improwizację, a okazała się dniem na załatwianie formalności. Tak czy siak wychodzi na to, że warto mieć choćby jeden dzień w zapasie czy to na improwizację, czy to na wypadek nieprzewidzianych okoliczności.

Lidia pojawia się u nas o 10.00. Gdy przychodzi ja jestem w trakcie rozmowy telefonicznej z infolinią wypożyczalni aut. Pani z infolinii tłumaczy jakie należy wypełnić dokumenty i gdzie je znaleźć w samochodzie. Informuję ją, że poza podstawowym ubezpieczeniem wliczonym w cenę wynajmu wykupiliśmy również dodatkową opcję Peace of Mind, która teoretycznie powinna pokryć większość, jeśli nie wszystkie koszta. Pani odpowiada, że możliwe, że trzeba będzie zapłacić za lusterko, ale tego dowiemy się bezpośrednio w biurze przy zdawaniu auta.

Teraz czas na Tiburcia. Telefonu od nas nie odbiera. M. wpada na pomysł by zadzwonić do niego z hiszpańskiego numeru. Dzwoni więc Lidia. Tiburcio po chwili odbiera. Wymieniamy spojrzenia. Lidia prosi go o wyznaczenie godziny spotkania. Umawiamy się na 11.30 w miejscu wypadku.

Jedziemy na miejsce stłuczki. Tam pojawia się Antonio. Chwilę przed spotkaniem dzwoni Tiburcio z informacją, że jest w pracy i przyjedzie za 45 minut. Cała nasza czwórka postanawia się przejść. Lidia i Antonio powątpiewają, że Tiburcio się pojawi. To podobno powszechna praktyka. Mówią, że należało wziąć od niego wszystkie potrzebne dane i w takich sytuacjach należy bezwzględnie dzwonić na policję.

 O dziwo Tiburcio się zjawia. Idziemy wszyscy do baru, w którym poprzedniego wieczoru korzystałam z toalety. Tiburcio pyta Lidię czy jest pracownicą wypożyczalni. Być może pojawił się tylko dlatego, że tak sądził. A może jest po prostu na swój sposób przyzwoity.

Siadamy przy stoliku. Wypełnianiem dokumentów dla wypożyczalni i ubezpieczyciela zajmują się Lidia i Antonio. Wcześniej gdy opisaliśmy im wypadek uświadomili nam, że prawy pas jest tylko dla autobusów, i że nim musiał jechać Tiburcio popełniając w ten sposób wykroczenie. Tiburcio twierdzi natomiast, że jechał wzdłuż linii oddzielającej pas dla autobusów i ten, którym jechaliśmy my. Tak czy siak wykroczeniem jest próba wyprzedzania z prawej strony, a taką niewątpliwie podjął. Tiburcio się denerwuje. Idziemy na miejsce wypadku. Na własne potrzeby przeprowadzamy wizję lokalną. Do dokumentacji trzeba dołączyć rysunek pbrazujący scenę wypadku. Jeśli się nie dogadamy i pozostaną kwestie sporne trzeba będzie wezwać policję.

Wracamy do stolika. M. podaje Lidii swoje prawo jazdy, Tiburcio pokazuje zdjęcie swojego w telefonie. Wygasło w 2016. Tiburcio nie ma więc ważnego dokumentu. Prosi by w rubryce 'ważność' w dokumencie powypadkowym wpisać - tak jak u M. - 'bezterminowe'. Lidia tak zrobi. Gdy już pożegnamy się z Tiburciem - wręcz czule (wycałuje mnie po hiszpańsku w oba policzki) - Lidia i Antonio zasugerują by w dokumencie odnotować fakt podania przez Tiburcia fałszywych danych. Przystaniemy na to. Te dane - jeśli my tego nie zrobimy - nie trafią na policję. Tiburciowi wzrośnie po prostu składka ubezpieczenia, a my będziemy spokojni, że nasz ubezpieczyciel nie znajdzie na nas żadnego haka.

Teraz my i Antonio idziemy do baru na piwo i tapas, a Lidia dołączy do nas gdy zajrzy do matki, która stłukła sobie ramię. Następnie żegnamy się z Antoniem i z Lidią idziemy do lokalnej restauracyjki na obiad czyli kalmary i boquerones (rodzaj sardeli). Po obiedzie ruszamy do wypożyczalni - my potłuczonym samochodem, Lidia przed nami swoim autem. Po drodze tankujemy by oddać pełen bak. Wjeżdżamy na parking moloch gdzie stoją pojazdy kilku różnych wypożyczalni. Lidia wjeżdża w innym miejscu. Trochę potrwa zanim się odnajdziemy, bo ja i M. jakiś czas kręcimy się w kółko.

Wreszcie wchodzimy do biura. Dodatkowe ubezpieczenie pokrywa wszystkie koszta. Nie płacimy za nic. Gdybyśmy go nie wykupili ponieślibyśmy koszt rzędu 800 euro. Postanawiamy nie wymieniać auta. Za niewykorzystany jeden dzień wkrótce wpłyną na konto M. pieniądze.

Wreszcie wszyscy możemy się zrelaksować. Lidia podrzuca nas na plażę, sama jedzie do domu. Odbierze nas za godzinę z kawałkiem. Raczymy się sangríą popatrując na wodę.



Późnym wieczorem M., ja, Lidia, Asun, która przyjechała z Rondy i Pili wybieramy się na piwo i tapas do portu w Maladze i świętujemy pomyślne zakończenie całej niefortunnej sprawy.

 

 

 

Za zdjęcia dziękuję Markowi.

C.D.N.

19:39, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
Andaluzja, Hiszpania cz.4

Środa miała być dniem na improwizację. Bez konkretnego celu mieliśmy ruszyć samochodem przed siebie i zatrzymywać się tam gdzie nam przyjdzie ochota, gdzie coś nas zachwyci. Ale nie dane nam było takowej improwizacji wziąć pod uwagę, bowiem we wtorek wieczorem przydarzyła nam się... stłuczka.

A było to tak:

Meandrując po nieznanych drogach korzystaliśmy z nawigacji w Google Maps w moim telefonie. No cóż, telefon służył mi również do robienia zdjęć, bo mimo iż M. robił ich mnóstwo naszym aparatem, mnie jakby jeszcze było mało... . Oczywiście ucierpiała na tym bateria i w trakcie powrotu po wjeździe do Malagi okazało się, że pozostało mi jej 25%. A nawigacja zużywa baterię niezwykle szybko. Tym bardziej, że zaczęła się nieco gubić w zawiłościach malagijskich dróg  przegapiając pożądany zjazd. Pierwotnie samochód mieliśmy dostarczyć do centrum miasta i pozostawić go w garażu pod blokiem, w którym mieszkają rodzice Asun. Telefon jednak rozładował się już wcześniej, w okolicach mieszkania Juli - rozpoznaliśmy na głównej drodze duży symbol Volkswagena - więc tam też postanowiliśmy zostawić auto, bo nie było szansy by bez nawigacji namierzyć adres garażu. Żeby jednak dotrzeć w miarę blisko domu Juli należało wykonać skręt w lewo. To jednak okazało się trudne, bo wszędzie figurował zakaz. Brnęliśmy więc przed siebie skręcając gdzie się dało w prawo by zrobić gdzieś nawrotkę. To też nie było łatwe, bo znaki jak na złość zazwyczaj wskazywały kierunek przeciwny do tego, który był przez nas pożądany. Przy kolejnej próbie skrętu w prawo M.  - już zmęczony - najpierw wykonał manewr kierownicą by dopiero za ułamek sekundy włączyć kierunkowskaz. To wystarczyło by wpadł na nas próbujący nas wyprzedzić z prawej strony (!) motocyklista. I mimo że M. natychmiast odbił kierownicą w lewo samochód po chwili wyglądał tak:

 

Zanim jednak mogliśmy przyjrzeć się autu potrzebowaliśmy otrząsnąć się z pierwszego szoku. Poza widokiem lecącego gdzieś w przestrzeń lusterka i hukiem nie bardzo wiedziałam co się właściwie wydarzyło. Gdy wyszliśmy z samochodu zobaczyłam kawałki lusterka na środku skrzyżowania i motocyklistę ze swoim pojazdem na chodniku. Nawet się nie przewrócił, zdaje się, że oparcie dał mu samochód, w który wjechał. Odpadła mu jedynie niewielka część stanowiąca jakiś rodzaj osłony na kolano. On sam stłukł kolano i kciuk. Nikt nie został poważnie poszkodowany, najbardziej ucierpiał samochód z wypożyczalni, mógł jednak jechać dalej. Tiburcio - tak miał na imię motocyklista - zaproponował wymianę numerów telefonu i spotkanie następnego dnia by wypełnić formalności. Poprosił nas o potwierdzenie faktu, że M. nie włączył kierunkowskazu przed rozpoczęciem skrętu w prawo. Skwapliwie przystaliśmy na jego propozycję odczuwając wielką ulgę, że mężczyzna nie został poszkodowany. M. wziął winę na siebie. W szoku - nie mając w swoim dotychczasowym doświadczeniu żadnego wypadku drogowego - nie spisaliśmy numerów dowodu osobistego Tiburcia, nie zrobiliśmy zdjęcia tablicy rejestracyjnej motocykla, nie zadzwoniliśmy na policję. Pożegnaliśmy się. Teraz należało zadzwonić do wypożyczalni. Zanim wykonałam telefon musiałam jednak skorzystać z toalety w pobliskim barze. Żołądek dawał znać o stresie. W wypożyczalni - bez zadania jakichkolwiek pytań o szczegóły zdarzenia - kazano nam dzwonić na pomoc drogową. Tam z kolei powiedziano nam, że ponieważ nikt nie został poważnie ranny, a samochód może dalej jechać, powinniśmy skontaktować się przede wszystkim z wypożyczalnią, która ma obowiązek zapewnić nam nowe auto. Postanowiliśmy do wypożyczalni zadzwonić już z domu. Nogi miałam jak z waty, czułam, że drżą. Poszliśmy na piechotę, w pobliskim markecie zrobiliśmy zakupy, w domu walnęliśmy kielicha i zadzwoniłam. Było już jednak po 21.00, więc biuro - a dokładniej infolinia - okazało się nieczynne. Zadzwoniłam do Asun by przedstawić sytuację. Ponieważ sama przebywała w Rondzie postanowiła podesłać nam z rana Lidię, a jej tata Antonio miał nam pomóc w wypełnianiu dokumentów związanych z wypadkiem. Nie tylko my byliśmy przejęci.

Za zdjęcie dziękuję Markowi.

C.D.N.

18:19, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
Andaluzja, Hiszpania cz.3

Nerja położona bezpośrednio nad Morzem Śródziemnym ma charakter znacznie bardziej komercyjny od stylowej Frigiliany. Zabudowa jest wyższa, wiele tu apartamentowców i hoteli, barów i restauracji oraz tłumy turystów w każdym wieku. Miejscowość szczyci się fantastycznym, wysuniętym nieco w morze, balkonem zwanym El balcón de Europa. Widoki z niego zapierają dech.

 

Od 7 do 12 października miejscowość celebruje swoje święto. Na centralnym placyku odbywają się koncerty, a uliczkami przechadzają się panie i dziewczynki w szytych na miarę cudownych cygańskich strojach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zachwyceni przysiadamy w knajpkach by się orzeźwić. Jeszcze rzut oka na błękit morza i ruszamy z powrotem w stronę Malagi. A tam czeka nas zgoła inna przygoda.

 

Za zdjęcia dziękuję Markowi.

C.D.N.

16:24, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
Andaluzja, Hiszpania cz.2

We wtorek rano Lidia zabiera nas do wypożyczalni samochodów na lotnisku. Jeszcze w Polsce przez internet zarezerwowaliśmy Seata Mini, ale ku naszemu zdziwieniu i radości dostajemy do dyspozycji większego Seata Ibizę. Żegnamy się z Lidią i wyruszamy w stronę oddalonej o 60km od Malagi Frigiliany. To jedno z białych miasteczek - pueblos blancos - kompletnie nas urzeknie: kolorami, zapachami i smakami.

 

 

 

Frankistowski reżim nie oszczędził również mieszkańców miejscowości. Poniżej tablica ku ich pamięci.

 

Snujemy się wąskimi uliczkami między białymi domami z niebieskimi, rzadziej brązowymi, oknami i drzwiami. Wszędzie feeria barw: kwiaty i ceramika, knajpki, sklepiki.

 

 

 

 

 

 

W sierpniu każdego roku we Frigilianie odbywa się festiwal trzech kultur, bo niegdyś współistniały tu ze sobą kultury chrześcijańska, muzułmańska i żydowska.

 

W latach 1568-1571 podczas panowania Filipa II miejscowość była jednym z głównych ognisk zapalnych buntu muzułmańskiej ludności, która pozostała na tych ziemiach po upadku Królestwa Granady, tak zwanych morysków (Rebelión de los Moriscos). Właśnie kultura arabska obecna w architekturze Frigiliany jest jedną z jej największych atrakcji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W sklepiku poniżej kupimy kubki - pamiątkę z Frigiliany. Codziennie rano będę w nich parzyć dla nas kawę.

 

Teraz już powrót do samochodu i wyjazd do oddalonej o około 10km Nerjy.

 

 

Za zdjęcia dziękuję Markowi.

C.D.N.

15:41, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
Andaluzja, Hiszpania cz.1

No i nadszedł wreszcie nasz wspólny z M. upragniony urlop. Już od niemal roku umówieni byliśmy z naszą hiszpańską przyjaciółką Asun na rewizytę. A wszystko dzięki znajomości języków obcych. Poznałyśmy się - że przypomnę - na stronie internetowej Language for Exchange. Po miesiącach ćwiczenia przez Skype angielskiego (Asun) i hiszpańskiego (ja) Asun z siostrą i przyjaciółkami odwiedziły w ubiegłym roku Pragę i Międzygórze. W tym roku ja i M. 9. października polecieliśmy na tydzień z Wrocławia do Malagi.

Lecieliśmy Ryanairem, który postanowił zgotować swoim pasażerom nie lada adrenalinę. Rzekomo ze względu na konieczność poprawy punktualności linie zaczęły masowo odwoływać już wykupione loty. Inny to jednak wątek, i ani sobie, ani Wam nie mam zamiaru w tej chwili zawracać tym głowy. Dość, że nam udało się polecieć. A nad kolejną wyprawą tymi liniami będziemy się naprawdę dobrze zastanawiać.

 

W Maladze lądujemy około g.14.00. Na lotnisko wyjeżdżają po nas młodsza siostra Asun czyli Pilar i przyjaciółka Asun od liceum czyli Lidia. Nie ma więc opcji, by do centrum Malagi przemieścić się transportem publicznym, co początkowo z M. zakładaliśmy.

Mieszkanie w Maladze udostępniła nam Juli, przyjaciółka wspomnianych już dziewczyn. Sama doktoryzowała się w Rzymie z historii kościoła i obecnie uczy tam młodych kleryków. Do Malagi przyjeżdża więc zaledwie 2 - 3 razy do roku. Po pozostawieniu bagaży i przepakowaniu drobnych upominków (kubki z Bolesławca, kabanosy, konfitura z dzikiej róży i cukierki Malaga) jedziemy z dziewczynami do rodziców Asun i Pilar. Tam rozstajemy się Lidią, która tego dnia wybiera się na organizowaną w lokalu imprezę urodzinową swojej dwuletniej bratanicy.

Z rodzicami Asun i Pili spędzamy poniedziałkowe popołudnie. Hiszpanie uwielbiają tapas czyli przekąski serwowane do różnego rodzaju napitków lub po prostu przed głównym posiłkiem. Mamy zatem rozmaite orzechy i migdały, sery, chorizo i salchichón  - te dwa ostatnie to mocno podsuszane hiszpańskie wędliny. Potem jeszcze Francesca - mama Asun i Pili - serwuje warzywną sałatkę z dodatkiem tuńczyka i oliwek oraz polędwicę ze schabu z sosem majonezowo-kolendrowym. Popijamy niezłe hiszpańskie piwo, następnie tata Asun i Pili otwiera znakomite wino hiszpańskie. Tu mamy okazję zrozumieć pojęcia takie jak Reserva czy Gran Reserva. Oznaczają one okres leżakowania win w dębowych beczkach. Gran Reserva to klasa najwyższa. Rozmawiamy o sytuacji w Polsce i Hiszpanii. Antonio - doktor pedagogiki -  dobrze kojarzy Gdańsk, Poznań, Warszawę i Kraków. Tęskni za ładem i porządkiem. Denerwuje go chaos i pobłażanie przestępczności. Pewnie stąd tęsknota za minionym reżimem. Gdy go pytam o ustrój, który odpowiadałby mu najbardziej, mówi: el régimen de Franco.

Wieczorem z Pili idziemy do ścisłego centrum. Nie starczy nam dziś już czasu by zajrzeć do wnętrz Alcazaby czyli ufortyfikowanego zespołu pałacowego, jakich wiele w naznaczonej arabską przeszłością Hiszpanii. Nie wejdziemy również do Gibralfaro, czyli arabskiego zamku. Do nich zajrzymy dopiero w niedzielę przed wyjazdem. Zobaczymy je jednak z zewnątrz w zapadającym zmroku. Podobnie jak Teatro Romano.

 

 

 

Za zdjęcia dziękuję Markowi.

C.D.N.

14:11, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 47
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Tagi
Księga gości Napisz do mnie