RSS
sobota, 02 września 2017
Końcówka wakacji

W środę przy pięknej pogodzie wyruszamy na jeden dzień do oddalonej o 74km czeskiej miejscowości Litomyšl. Pokluczymy nieco w okolicach Ústí nad Orlicí, podobnie będzie również w drodze powrotnej, niemniej samą miejscowością będziemy zachwyceni. Obfituje w zabytki  - z wpisanym na listę UNESCO zamkiem na czele - i urokliwe zakamarki. Miasteczko (10 tys. mieszkańców) ma tysiącletnią historię i zachowany od średniowiecza układ urbanistyczny.

 

 

 

 

 


 

 

Josef Váchal był grafikiem, rzeźbiarzem, malarzem i ilustratorem. My odwiedzimy znajdujące się w miejscowości niewielkie muzeum tego artysty czyli Portmoneum. Ponieważ nie można w nim używać aparatu zdjęcia wnętrz pobrałam z internetu.

 

 

 

 

 

Udamy się również na zamek, przy któym znajduje się interaktywny plac zabaw dla dzieci. Nie będziemy co prawda zwiedzać zamkowych wnętrz - to zrobimy podczas kolejnej wizyty, bo niewątpliwie Litomyšl jeszcze odwiedzimy - jednak w przyzamkowej kawiarni pragnienie zaspokoimy piwem.

 

 

 

 

Teraz przyszedł czas na wypad poza miasto. Samochodem dojezdżamy do Kozlova, potem przesiadamy się na rowery i na nich udajemy się pod wieżę widokową, a następnie w samej wsi oglądamy jeszcze malowidła Maxa Švabinsky'ego na elewacjach budynków i podziwiamy urokliwą maleńką drewnianą kapliczkę.

 

 

 

Przy karczmie w pobliżu wieży spotykamy sympatycznego młodego Czecha. Okazuje się, że studiował we Wrocławiu i całkiem nieźle posługuje się polskim.

 

 

Teraz ponownie wracamy do Litomyšli by móc się jeszcze nią nacieszyć. Samochód zostawiamy pod Muzeum Zabawek. Robimy obchód wokół miasteczka by znaleźć miejsce na obiad. Ostatecznie skorzystamy z chińskiej restauracji. Będzie, smacznie, pożywnie, a jedzenia starczy jeszcze na kolejny dzień.

 

 

 

 

Za zdjęcia - poza zdjęciami wnętrz Portmoneum - dziękuję Markowi.

12:32, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 lipca 2017
Poznań - p.s.

Dziękuję moim drogim przyjaciołom i znajomym za piękne spotkania podczas mojej kilkudniowej bytności w Poznaniu. Dziękuję H & B oraz ich córce Z., zarówno za spotkanie poznańskie jak i to, sprzed kilku dni w Międzygórzu. Dziękuję N. za długą Polek rozmowę. Dziękuję A. za spotkanie po kilkuletniej przerwie. Przede mną jeszcze spotkanie z poznańską K., za które już z góry dziękuję.

15:51, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 lipca 2017
Poznań

Niedziela. Przyjeżdżam do Poznania na kilka dni tym razem zatrzymując się w hostelu. Windą jadę na czwarte piętro kamienicy do recepcji. Tam młoda dziewczyna biegle posługująca się językiem hiszpańskim tłumaczy właśnie hiszpańskiej parze w średnim wieku zasady pobytu. Gdy przychodzi moja kolej wypełniam druk, płacę kartą, odbieram klucz do pokoju i uśmiechając się mówię, że zasady pobytu są mi już właściwie znane.
Poniedziałek. Krążę po Poznaniu załatwiając sprawy. Przemieszczam się komunikacją miejską. Na przystanku tramwajowym zatrzymuje mnie sympatyczna zakonnica. Przerasta ją obsługa biletomatu i prosi mnie o pomoc. "Mieszkam w Boliwii" mówi. "To zupełnie inny świat". Nie okazuję zdziwienia. W końcu u nas na wsi nie ma nawet bankomatu. Drukujemy bilet. Wdzięczna za pomoc pyta mnie o imię życząc wszystkiego dobrego. Siostra Grażyna nie chcąc się spóźnić na jakieś ważne spotkanie znika w czeluściach przejścia podziemnego powiewając habitem.

Wtorek. Recepcja w hostelu czynna jest całą dobę. Poznałam już trzy pracujące w niej dziewczyny. Pierwsza kończy filologię hiszpańską, druga ma tatuaże, a trzecia gdy trzeba potrafi zachować spokój. A było tak. Dziś wczesnym rankiem idę na śniadanie. O tej porze prawie nikogo nie ma. W salce jadalnej przy recepcji jestem pierwszym gościem. Nalewam do kubka pyszną kawę z ekspresu, na talerz nakładam jedzenie. Na stole jest nawet Nutella. Siadam i zaczynam jeść. Jakaś wesoła pani z obsługi demonstruje recepcjonistce zabawnego ludzika: gdy naciśnie mu się wypukłe policzki wywala wielki jęzor. Mi też go pokazuje ciesząc się gdy się śmieję. Do jadalni wchodzi duży mężczyzna. Jemu też zabawna pracownica pokaże ludzika. Zbiera pochwały i wychodzi. Duży człowiek próbuje coś wynegocjować u recepcjonistki. Wygląda na to, że bez skutku. Naburmuszony po nałożeniu na talerz jedzenia zaczyna wykrzykiwać "Tyle oczekujecie, a tak mało dajecie! Jesteście strasznym narodem, NAJGORSZYM!" Rzuca okiem również w stronę mojego kąta. Szuka sprzymierzeńca czy zaczepki? Postanawiam nie reagować na dobrą zmianę. Podobnie jak dziewczyna z recepcji.

Wieczorem spotykam się z najemcami. Podpisujemy przedłużenie umowy i wspólnie z fachowcem od remontów ustalamy termin napraw uszkodzeń, które powstały w łazience po likwidacji podgrzewacza wody.
Dzień wcześniej w bloku zamknięto dopływ gazu. Na wezwanie jednego z lokatorów przyjechało pogotowie gazowe i odcięło dopływ gazu połowie mieszkańców. Przywrócenie status quo potrwa - uwaga! - od 4 tygodni do ...2 miesięcy. Pozostaje mi zaopatrzyć najemców w kuchenkę dwupalnikową i zaproponować obniżkę czynszu by zrekompensować niedogodności.

Środa. W piwnicy ktoś zlikwidował zamek na kracie odgradzającej wejście z głównego korytarza piwnicznego do odnogi, gdzie obok innych kilku komórek znajduje się również moja. Kraty do wszystkich pozostałych odnóg są zabezpieczone zamkami, a właściciele mieszkań dysponują kluczami do nich mając w ten sposób podwójne zabezpieczenie przechowywanego w piwnicy dobytku. Dziś w drodze do administracji osiedla, gdzie chcę poruszyć kwestię braku gazu, udaję się jeszcze raz do mojego budynku by zbadać sprawę braku istniejącej jeszcze jakiś czas temu kłódki. W "mojej" odnodze przy swojej komórce urzęduje jakiś starszy człowiek. Pytam go czy wie coś o sprawie. "Tak", odpowiada, "to ja usunąłem wkład do zamka żeby było mi wygodniej". Aha, czyli najpierw usunięto kłódkę, potem zainstalowano zamek, który również został usunięty, o czym nikt ani mnie, ani najemców nie poinformował. "Wie Pan" mówię " ja jednak sobie życzę żeby była kłódka". Mężczyzna zaczyna mnie przedrzeźniać imitując głos osoby, której marzą się jakieś fanaberie. Pyta mnie kto ja w ogóle jestem. Podaję więc numer mojego mieszkania. Mężczyzna nie przestaje pokrzykiwać wymachując przy tym górnymi kończynami. "Skoro tak Pan stawia sprawę pójdę do administracji" mówię. Starzec na to "Spier...laj kobieto!" Gdy wyjdę z pierwszego szoku powiem "Nie wstyd Panu zwracać się w ten sposób do drugiego człowieka?" Mężczyzna milknie. Zauważam jeszcze numer mieszkania namalowany na drzwiach do komórki: 114.

18:58, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 czerwca 2017
Czesko-Saksońska Szwajcaria cz.4

W niedzielę wracamy do domu. Zanim to jednak nastąpi poszwędamy się po bazaltowej Pańskiej Skale usytuowanej tuż przy drodze w miejscowości Kamenicky Senov:

 

 

Zwiedzimy gród skalny i pustelnię Sloup w okolicach miejscowości Novy Bor:

 

Zajrzymy do zamku Lemberk...

 

 

 

... i do zamku Opoczno:

 

 

 

Za zdjęcia dziękuję Markowi.

 

14:53, agnieszka.dombrowska
Link Komentarze (2) »
Czesko-Saksońska Szwajcaria cz.3

W sobotę znów pojawiamy się w Hrensku. Stąd szlak czerwony zaprowadzi nas do Pravcickiej Bramy, która jest symbolem Parku Narodowego Czeska Szwajcaria. Ludzi co niemiara, niemniej gra jest warta świeczki. Bramę tworzy naturalny piaskowcowy łuk skalny. Wokół wznosi się skalne miasto, w które wkomponowany został malowniczy hotel w stylu tyrolskim. Ze zrozumiałych względów trudno tu o nowoczesną kanalizację, więc króluje tradycyjne szambo, z którego miejscami roznoszą się niestety niezbyt szczęśliwe zapachy.

 

 

 

 

Stąd wędrujemy dalej do Mezni Louka. Tu czeka nas dwukrotna przeprawa łodzią wąwozem rzeki Kamenice. Na odcinkach, na których pływają łodzie nie istnieje alternatywa w postaci szlaku pieszego. Dwukrotnie więc będziemy stać w ponad godzinnej kolejce by wejść na łódź. Cena biletu za pierwszą przeprawę 60 koron (bilet kupujemy u 'flisaka'), cena za drugą 80 koron (bilet kupujemy w kasie).

 

 

 

 Przejście całej, raczej łatwej trasy zajmuje około 5-6h, w tym 15km pieszo i 1,5km łodziami. Nie wliczałam oczekiwania w kolejkach :).

C.D.N.

Za zdjęcia dziękuję Markowi.

13:17, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
Czesko-Saksońska Szwajcaria cz.2

W piątek wyruszamy do Saksonii, do Parku Narodowego Saskiej Szwajcarii. Samochód zostawiamy w urokliwej miejscowości Rathen na dużym płatnym parkingu, następnie promem przeprawiamy się przez Łabę na drugą stronę, gdzie zaczynają się szlaki turystyczne do skalnego miasta Bastei.

 

Tutaj Niemcy nie kwapią się by ułatwiać życie innym niż niemieckojęzycznym turystom. Niewiele jest informacji w języku angielskim. Będziemy musieli się dziś do tego przyzwyczaić.

Na szlaku jest bardzo wielu turystów, w tym całe rodziny z dziećmi, czy nawet wózkami, które miejscami trzeba nieść. W skalnym mieście odwiedzamy pozostałości zamku Neurathen - wstęp płatny 2 euro - oraz piękny kamienny most zbudowany w połowie XIX wieku. Ma 76m długości i wznosi się 40m nad dnem wąwozu.

 

M. zapamiętale pstryka zdjęcia. Docieramy do miejsca, w którym znajduje się hotel, restauracja i bar. Orzeźwiwszy się nieco schłodzonym piwem kierujemy się z powrotem do Rethen. Tu się jeszcze nieco posilimy i udamy się na przystań.

Teraz kierujemy się w stronę Konigstein do zbudowanej na skałach Twierdzy. Można do niej z dołu wjechać windą, my jednak udamy się na piechotę. Twierdza jest olbrzymia, to właściwie cały kompleks budynków, małe miasto z parkiem. Nas jednak najbardziej urzeka spacer wzdłuż murów Twierdzy i widoki na Łabę i okolicę.



 

 

 

 

 

Zjemy jeszcze po lodzie, a punkt sprzedaży lodów będzie - po stronie niemieckiej - jedynym miejscem gdzie zostaniemy językowo pozytywnie zaskoczeni. Pan z obsługi wypyta nas szczegółowo jakim językiem się porozumiewamy: niemieckim, angielskim, czeskim, rosyjskim czy...  polskim.

Na naszej trasie między czeską a saksońską 'Szwajcarią' znajduje się urokliwa czeska miejscowość Hrensko. Tu zjemy dzisiejszy i jutrzejszy pyszny obiad i stąd jutro wyruszymy na naszą kolejną wycieczkę.

 

C.D.N.

Za zdjęcia dziękuję Markowi.

12:57, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
Czesko-Saksońska Szwajcaria

Na końcówkę maja M. zaplanował nam czterodniowy wypad do Czesko-Saksońskiej Szwajcarii. Jednym z niewątpliwych atutów Międzygórza jest jego położenie. Nie tylko wokół niego jest wiele atrakcji turystycznych. Wystarczy wsiąść w samochód, przekroczyć granicę czeską i odbyć podróż pod względem czasu i odległości porównywalną z wypadem do Poznania by po około 5 godzinach znaleźć się w bajkowym Parku Narodowym Czeskiej Szwajcarii.



 Docieramy do miejsca naszego zakwaterowania czyli miejscowości Ruzova. Pokręcimy się tu jakiś czas w kółko szukając numeru 267. Znane nam jest już z poprzednich podróży czeskie poczucie humoru, gdzie numer 5 potrafi harmonijnie współistnieć z przykładowo numerem 311.



Po zakwaterowaniu wyruszamy eksplorować okolicę.

 

Celem jest oddalony o około 6km stary młyn, a dokładniej to, co z niego pozostało. Miejsce jest niezwykle klimatowe.

 

Wracamy o zachodzie słońca. Na szlakach raczej pustawo. To jedyny dzień, gdy nie będą towarzyszyć nam tłumy. Barwy odległych pagórków przypominają jesień. A mamy przecież piękną wiosenną pogodę.

 

C.D.N.

Za zdjęcia dziękuję Markowi.

11:56, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 maja 2017
Brawo!

W Torremolinos, w hiszpańskiej podstawówce, nauczyciele - w tym zaprzyjaźniona Hiszpanka - stworzyli grę, dzięki której uczniowie mają możliwość zapoznania się z różnymi typami rodzin: tradycyjną - mama i tata ('familia tradicional'), z jednym rodzicem samotnie wychowującym dzieci ('familia monoparental'), z dwojgiem rodziców tej samej płci (!) wychowujących potomstwo ('familia homoparental'), adopcyjną ('familia adoptiva'), zrekonstruowaną, w której dzieci pochodzą również z poprzednich związków rodziców ('familia reconstruida') oraz 'po rozłące' - rodzice po rozwodzie dbają o kontakt z dziećmi ('familia separada'). Mnie nasuwa się tylko jeden komentarz: brawo!

09:53, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 maja 2017
Lizbona cz. 8

W sobotę wracamy do Polski. Samolot mamy dopiero po 18.00, więc nieśpiesznie pakujemy rzeczy, żegnamy się z gospodarzami i wyruszamy na lotnisko. Już za Lizboną tęsknię. Jedziemy najpierw zieloną, potem od stacji Alameda czerwoną linią metra do końca. Na lotnisku czeka mnie rewizja niemal osobista, bo zapominam o zdjęciu paska u spodni. Nie wiąże się to jednak z żadnymi nieprzyjemnościami, młoda Portugalka wykonuje po prostu swoją pracę.

Po odprawie mamy jeszcze sporo czasu. Udajemy się do strefy wolnocłowej, gdzie w koszyku ląduje vinho verde i Ginjinha, którymi delektować się będę razem z M. O Lizbonie przypominać mi też będzie piękna torba, którą po rewelacyjnej cenie kupuję po nabyciu trunków.

 

We Wrocławiu jesteśmy po 23.00 - czas w Portugalii jest przesunięty o 1h wcześniej w stosunku do czasu obowiązującego w Polsce. Po odbiorze bagaży zamawiam taksówkę w sprawdzonym radio taxi. Młody sympatyczny kierowca po dowiezieniu nas pod hostel z własnej inicjatywy zaczeka jeszcze aż bezpiecznie wejdziemy do budynku.

Następnego dnia przed południem wsadzam mamę do pociągu do Gdyni, a po kilkunastu minutach sama mam pociąg do Domaszkowa. Niebawem zacznę spisywać moje wrażenia na blogu. Będzie o czym opowiadać :).

Tagi: Lizbona
13:17, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 maja 2017
Lizbona cz. 7

W piątek wybieramy się do dzielnicy Belém. Można tu dojechać tramwajem, autobusem, my jednak wybieramy pociag z Cais do Sodre w kierunku Cascais i wysiadamy na 3. stacji. Kierujemy się za innymi turystami. Wiemy, że doprowadzą nas do najsłynniejszej - obok wielu muzeów i Torre de Belém  -  atrakcji dzielnicy, czyli wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Klasztoru Hieronimitów.

Zanim jednak ustawimy się w kolejce po bilety na Rua Belém  wstąpimy do słynnej ciastkarnio-kawiarni Antiga Confeitaria de Belém. To podobno najsłynniejsza pastelaria w Portugalii, a wytwarzane tu według ściśle strzeżonej receptury babeczki z cienkiego ciasta francuskiego nadziewane masą budyniową czyli Pastéis de Belém znane są ponoć na całym świecie. No cóż, wygląda na to, że w Lizbonie nie schudniemy. Jest jeszcze przedpołudnie, jednak przed kawiarnią sporo jest już turystów. Na szczęście wewnątrz jest wiele sal, a samo miejsce okazuje się ogromne. Sprzyjają nam okoliczności, bo dopiero co otworzono patio, tak więc jako jedne z pierwszych możemy zająć na nim stolik. Zamawiamy oczywiście po babeczce, espresso i kieliszku naszego ulubionego likieru wiśniowego Ginjinha.

Posilone ruszamy pod klasztor. W kolejce spędzimy trochę czasu, jest wielu chętnych na zwiedzanie. Bilet łączony - klasztor + Torre de Belém - kosztuje 12 euro (ja) i 6 euro (mama). Potężną budowlę wzniesiono w XVI w. by upamiętnić pomyślny powrót Vasco da Gama z wyprawy do Indii. Nagrobek Vasco da Gama znajduje się w przyklasztornej świątyni, w której zobaczyć można również groby królów portugalskich i ich krewnych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po odpoczynku w nagrzanych słońcem klasztornych krużgankach udajemy się w stronę słynnej wieży Torre de Belém. Przechodzimy na nadrzeczną promenadę, przy której jest wiele kiosków z napojami i knajpek. Przy jednym ze stoisk zaopatrujemy się w orzeźwiający drink caipirinha. Obsługuje nas przesympatyczny młody Portugalczyk. Ma dziewczynę pochodzącą z Wrocławia. Odwiedził kilka polskich miast. Przy kilku innych okazjach - przykładowo w trakcie rozmów ze współpasażerami w metrze - przekonujemy się, że Portugalczycy mają do nas, Polaków, życzliwy stosunek. Znają nasze duże miasta, są ciekawi Polski.

 

Kolejny symbol stolicy czyli położona w parku nad Tagiem Torre de Belém okrzyknięta została najpiękniejszą portugalską konstrukcją militarną. Zbudowano ją w pierwszej połowie XVI w. dla ochrony portu Restelo. Udaje nam się dotrzeć do połowy tej niezwykłej konstrukcji. Ludzi jest tak dużo, że odpuszczam sobie wejście na samą górę.

 

 

Po obejrzeniu wieży w jednej z restauracji na promenadzie jemy pyszny makaron z sosem z białych i czarnych trufli. Do tego sałatka z kozim serem i żurawiną oraz vinho verde. Dobrze posilone mamy moc by w drodze powrotnej zmierzyć się z tłumem, który będzie nam towarzyszyć zarówno na przystanku komunikacji miejskiej jak i w autobusie, którym dostaniemy się do centrum.

C.D.N.

Tagi: Lizbona
19:08, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Tagi
Księga gości Napisz do mnie