RSS
niedziela, 30 października 2016
Playing Halloween

Halloween to dobry pretekst by motywować dzieci do nauki języka. To świetna okazja by połączyć naukę z zabawą, a uczniowie mogą się wspaniale wykazać własną inwencją. Tak bawiliśmy się na ostatnich zajęciach. Happy Halloween!

 

 

Tagi: halloween
11:13, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 października 2016
Czeski Raj

Na urlop w ostatnim tygodniu września wybieramy się do Czeskiego Raju. To niezwykły region w Czechach północnych pełen skalnych miast, pałaców i zamków. Jednocześnie jest to kraina bajkowego rozbójnika Rumcajsa. Tu również Sapkowski umieścił część akcji swojej 'Trylogii husyckiej' (słynny zamek Troski). W Czeskim Raju spędzamy tydzień. W nogach pod koniec pobytu mieć będziemy niemal 100km. Wędrujemy codziennie. Wieczorem wracamy nieźle wypompowani i pełni wrażeń. Do tego postanowiła nas rozpieszczać pogoda. Plus pyszne żarcie i mili ludzie. Nie ukrywam, że urlopy w Czechach należą do naszych ulubionych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Za zdjęcia dziękuję Markowi.

Tagi: Czeski Raj
14:40, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 września 2016
Jedenaste: nie wykluczaj

W Warszawie w tramwaju pobito profesora uniwersytetu, bo rozmawiał z kolegą po niemiecku. W Szczecinie pobito wokalistę zespołu reggae ze względu na jego kolor skóry. Podobno przykład idzie z góry, 'góra' jednak nie piętnuje tego rodzaju zachowań. Przyzwala? Pochwala?

Informację o pobiciu wokalisty znalazłam na Facebooku. Pod postem pozostawiłam następujący komentarz: 'Dyskryminowanie kogokolwiek ze względu na kolor skóry, którego sobie nie wybieramy (z którego to faktu być może nie wszyscy zdają sobie sprawę) pozostaje dla mnie totalnie absurdalne. Dyskryminowanie kogokolwiek ze względu na jego odmienne poglądy, orientację seksualną, płeć czy religię świadczy wyłącznie o nas samych. Jeśli sami czujemy się niewiele warci i starannie pielęgnujemy własne poczucie krzywdy ,wystarczy dokopać 'innemu', a nasze poczucie wartości szczytuje, z ofiary stajemy się pseudowszechmocnym katem. Na szczęście nie jest to moja wizja świata. Nie wiem tylko, czy to wystarczy.'

Część moich hiszpańskich koleżanek ma skórę ciemniejszą niż przeciętny Polak. Nie przypadkowo pojechałam z nimi do Wrocławia by bez problemów dotarły na samolot. Miałam obawy by po drodze nie spotkały ich nieprzyjemności. W pociągu jedna z nich zapytała mnie pół żartem, pół serio 'Ty nam chyba nie ufasz'. Zapewniłam je, że chcę by po prostu szczęśliwie dotarły do domu. Zbędna nadopiekuńczość? Nie sądzę. Wobec narastającej bezsensownej fali agresji nie puściłabym ich po prostu samych.

Gdy byłam dzieckiem w wieku lat 11-12 grałam z koleżankami na podwórku pod blokiem w piłkę. Przyszedł kolega z piątego piętra, młodszy, mały, chudy, miał niepełnosprawną intelektualnie siostrę. Chcąc się popisać dziecięcym poczuciem władzy powiedziałam 'Ty z nami nie grasz'. Zareagowała na to jedna z koleżanek 'Uważaj, Agnieszka, bo za chwilę ty nie będziesz z nami grała.' Tak więc dzięki mądrym koleżankom nie dane mi było odreagować na małym chłopcu własnego, wyniesionego z domu,  poczucia wykluczenia. Dla własnego psychicznego komfortu przy profesjonalnym wsparciu zajęłam się nim w późniejszych latach.

16:20, agnieszka.dombrowska
Link Komentarze (2) »
środa, 24 sierpnia 2016
Bez tytułu

Kłodzko. Czekam na wizytę u lekarza na ławeczce przy Restauracji Sportowej. Restauracja - poza ofertą kompleksowego cateringu - wyraźnie cieszy się popularnością wśród starszych osób. Czytam. W którymś momencie słyszę na alejce obok hamujący samochód. Gdy podnoszę wzrok przed samochodem, na poboczu alejki widzę leżącą postać. Kierowca samochodu wyraźnie czeka aż postać się podniesie. Nie wyłącza silnika, nie wysiada, nie wyraża zainteresowania. Podbiegam sprawdzić co się stało. Mniej więcej 80-latkowi złamała się laska, dlatego się przewrócił. Zanim dobiegnę uda mu się wstać o własnych siłach. Pytam czy się mocno potłukł, na szczęście nie. Chusteczką higieniczną opatrujemy skaleczony w wyniku upadku kciuk. Kierowca samochodu ma wreszcie upragnioną przestrzeń by odjechać.

19:38, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 sierpnia 2016
Polsko-hiszpańska przygoda

W poniedziałek po kilkudniowym pobycie w Pradze przyjeżdżają do nas hiszpańskie dziewczyny. Pożyczonym od przyjaciół samochodem z siedmioma siedzeniami wyjeżdżamy po nie na stację kolejową w Lichkovie zaraz za granicą czeską. Pierwsze tradycyjnie hiszpańskie powitanie to dwa buziaki po jednym w każdy policzek. Grupę tworzą Asun, z którą zaprzyjaźniłam się dzięki wymianie językowej, jej młodsza siostra Pilar oraz przyjaciółki Mari Carmen, Lidia i Juli. Dziewczyny są bezpośrednie, swobodne. Po angielsku bez problemów porozumiewa się jedynie Asun. Pilar jest w stanie zbudować tylko proste zdania, Lidia dużo rozumie, sama jednak nie mówi. Mari Carmen zna trochę francuski, a Juli z racji kilkuletnich studiów w Rzymie zna włoski.

Najpierw jedziemy na zakupy do Biedronki w Międzylesiu. Dziewczyny kupują to, co jest im potrzebne i jeszcze tego samego wieczora coś sobie pichcą. Polskie i hiszpańskie godziny posiłków są w zasadzie dość podobne, jest jednak kilka istotnych różnic. Otóż śniadania i obiady je się w obu krajach mniej więcej o tych samych porach, choć nasze śniadania bywają znacznie obfitsze i nie zawierają słodkich wypieków. W porze naszej kolacji Hiszpanie zjadają 'merienda' czyli podwieczorek. Może to być jogurt, owoc lub też kanapka. Poza tym Hiszpanie jeszcze około godziny 22.00 - 23.00 lubią zjeść ostatni posiłek i to wcale nie lekki. Wygląda to tak jakby w ciągu jednego dnia późnym wieczorem jedli drugi obiad.

Dwie dziewczyny zakwaterowują się u sąsiadów, trzy pozostałe u nas. Po krótkim odpoczynku wyruszamy na pierwszy spacer po Międzygórzu. Z tyłu obok mnie Asun. Zdjęcie robi Pilar.

 

Obowiązkowo odwiedzamy Wodospad Wilczki, dziewczyny zachwycają się poniemieckimi willami przy ulicy Sanatoryjnej, na koniec zachodzimy jeszcze do 'Marianny' na piwo. Robimy listę potrzebnych słówek po hiszpańsku i polsku - pisownia i wymowa tych ostatnich: lody, piwo, pierogi z mięsem, ruskie, z grzybami... .

 Ciekawostką są niektóre tradycyjne hiszpańskie imiona. Otóż wiele jest różnego rodzaju Marii: María Dolores, María Asunción czy María Mercedes to w wolnym tłumaczeniu Maria Bolesna, Maria Wniebowzięta czy Maria Miłosierna. Panie często opuszczają pierwszy człon (María) i zostaje tylko Dolores ( zdrobnienie 'Lola') czy Mercedes. Nasza Asun (zdrobnienie od Asunción) również nie używa pierwszego imienia. Natomiast jednym z tradycyjnych imion męskich jest Jesús (wymawia się 'hesus' z akcentem na drugą sylabę). Wyobrażacie sobie sytuację, w której ktoś pyta kumpla 'Jesús, idziemy na piwo ?' :)

We wtorek rano o 9.00 spotykamy się wszyscy u nas na śniadaniu. Dziewczyny są zdyscyplinowane, również na kolejne śniadania przyjdą z zaledwie kilkuminutowym opóźnieniem. Tym razem nie proponujemy żadnych polskich kulinarnych ekstrawagancji. Jeszcze przyjdzie na nie czas. Dominują więc sery, dżemy i pieczywo oraz pomidory z ekologicznego gospodarstwa. Od dziewczyn dostajemy butelkę czerwonego wina rocznik 2006 i butelkę czerwonej Malagi. To pierwsze wypijemy wieczorem przy wspólnym spotkaniu.

Teraz jednak czas na spacer. Dziewczyny decydują się na odwiedziny w... Ogrodzie Bajek :). Są nim zachwycone. Okazuje się, że doskonale znają pszczółkę Maję, a Smerfy to po hiszpańsku 'Pitufines'. Po pobycie w Pradze rozpoznają Krecika ('el Topo'), ja z kolei przedstawiam im Reksia i Koziołka Matołka.

 

Przychodzi czas na posiłek. Wędrujemy więc do Domu Nad Wodospadem na pierogi.

Chciałam dziewczyny zapoznać ze wszystkimi głównymi rodzajami pierogów, nie ma niestety tych z kapustą i grzybami. Zadowalamy się więc 'ruskimi' i z mięsem. Choć z mięsem są całkiem do rzeczy, wygrywają 'ruskie'.

Hiszpański odpowiednik pierogów to 'empanadillas'. Mają nawet ten sam kształt. Tyle że nadzienie to najczęściej mielone mięso w sosie pomidorowym.

Wieczorem zapraszamy dziewczyny na wino i grzybki. M. serwuje je z podsmażaną cebulką i śmietaną. Próbują również kiszonych ogórków własnej roboty. Lojalnie je uprzedzamy, żeby nie krygowały się nie jeść, jeśli te kulinarne nowości okażą się dla nich za trudne. Widać jest odwrotnie. Grzyby i ogórki znikają z talerzy. Jedynie Mari Carmen nie ma odwagi by ich spróbować. Dziewczyny pytają o polskich muzyków. Nie znają żadnych nazwisk. Zapoznajemy je więc z Urszulą Dudziak, Niemenem, Maleńczukiem, Kazikiem i Brodką. Lidia przygląda się Niemenowi na jednym z wideoklipów i stwierdza, ze wygląda jak... Krzysztof Kolumb. Po czym okazuje się, że z Pragi właśnie przywiozła sobie identyczną perukę.

W środę przed śniadaniem wszystkie dziewczyny stawiają się w... perukach. I ja więc czym prędzej wyciągam z zakamarków moją pamiątkę z przed kilku lat z Mazur.

Podczas śniadania poza dżemami i drożdżówkami proponujemy dziewczynom twarożek ze szczypiorem i rzodkiewkami, wędzony ser z Różanki i wiśnie. Dziewczynom wszystko smakuje, a wyraźnie nie należą do tych, które myślą jedno, a mówią drugie.

Po śniadaniu ja, M. i Asun wybieramy się na grzybobranie. Pilar zostanie w domu by odpoczywać, Juli, Mari Carmen i Lidia idą do Sanktuarium Marii Śnieżnej. Spotkamy się tam przy schronisku.

Mamy dziś ogromne szczęście, udaje nam się znaleźć - poza podgrzybkami - sporo dorodnych prawdziwków. Jeden wygląda tak:

 

Gdy docieramy na Igliczną dziewczyny mają już za sobą przygodę w kościele. Otóż usiadły w pierwszej ławie, Juli wyciągnęła telefon i gdy robiła zdjęcie w kościele coś piknęło. Położyła więc telefon na kolanach, ale pikanie nie ustało. Prawdopodobnie ktoś z tyłu miał mniej skrupułów i kontynuował sesję. Chwilę potem przybiegła jakaś kobieta i widząc Juli w pierwszej ławie z telefonem na podołku rozpoczęła jazgot. Nie dogadawszy się jednak z Juli pobiegła po asystę. Ponieważ i tu był problem z komunikacją, w rezultacie interweniował słynny z niegościnności ksiądz Andrzej. Oblężona przez trzy osoby Juli szybko zdała sobie sprawę, że uznają ją za persona non grata. Wstała więc i z pozostałymi dziewczynami skierowały się do wyjścia. Jedna z interweniujących kobiet ujęła Juli za łokieć by naprowadzić ją na widniejący zakaz robienia zdjęć. Sama Juli w trakcie późniejszej rozmowy ze mną słusznie zauważyła, że zwrócić komuś uwagę można naprawdę na różne sposoby. Ot, typowa gościnność Pana na Iglicznej. Polecam mu lekcję manier i naukę języków obcych.

 

 

Hiszpania to kraj katolicki. Jednak z tego, co opowiadają dziewczyny wynika, że kościół jest tam dla ludzi, a nie na odwrót. Część dziewczyn jest religijna. Poznały się w ramach jakichś działań przykościelnych. Juli - poza historią ogólną - studiowała historię kościoła. Dziewczyny nie epatują jednak swoją religijnością. To kobitki z krwi i kości. Zapalą papierosa, napiją się piwa, nie boją się kręcić biodrami, głośno śmiać, śpiewać i tańczyć. Księża hiszpańscy są autentycznie zaangażowani w pomoc ubogim. Nie mają problemów z tolerancją osób LGBT, tworzą nawet dla nich specjalne kluby - po to by osobom o odmiennej orientacji dawać przestrzeń i akceptację, a nie po to by je próbować zmieniać.

Schodzimy na tamę. Opowiadamy dziewczynom o powodzi w 1997 roku. Trudno uwierzyć, ale w Maladze, gdzie mieszkają, w latach 80. również była powódź. Lidia na swoim telefonie demonstruje nam zdjęcia pływających po ulicach samochodów. Potem patrzy z niedowierzaniem na Wilczkę. Trudno jest jej sobie wyobrazić, że spiętrzona woda tej rzeczułki pokonała trzydziestometrową tamę.

 

 

 

Po wizycie przy zaporze wędrujemy na obiad. Dziś nasi goście spróbują dziczyzny z kaszą gryczaną. Kolejną nowość zjadają z przyjemnością.

Wieczorem jedziemy do Gajnika na konie. Cztery amazonki - poza Mari Carmen, która robi zdjęcia - ruszają w teren.

 

 

Po wspólnej przejażdżce indywidualną lekcję z Olą ma jeszcze przez chwilę Asun.

 

 

Potem jeszcze czyszczenie koni i kolejny intensywny dzień dobiega końca. Dziękujemy gospodarzom, trochę jeszcze z nimi gawędzimy i jedziemy do domu.

W czwartek podczas ostatniego wspólnego śniadania z nowości częstujemy dziewczyny polską szynką, owczym serem i agrestem. Na stole jest też napoleonka. Okazuje się, że w Hiszpanii piecze się podobne ciasto o nazwie milhojas. Oba przepisy - polski i hiszpański - są wariacją francuskiego deseru.

W trakcie posiłku Pili zaprzyjaźnia się z Gackiem.

 

 

Po śniadaniu i wydrukowaniu kart pokładowych na piątkowy lot powrotny M. zawozi dziewczyny do Kłodzka. Do Międzygórza wrócą po południu PKS-em.

 



Wieczorem podczas pożegnalnej kolacji częstujemy dziewczyny grzybami nazbieranymi poprzedniego dnia. M. przyrządza je tym razem w formie jajecznicy z jajkami z Gajnika. '¡Qué rico!' (Pycha!) mówią nasze Hiszpanki.  Jedynie Mari Carmen ponownie odpuszcza sobie grzyby. Próbują też czerwonego barszczyku - wszystkie poza Mari Carmen dostają do barszczu kilka uszek z grzybami. Mari Carmen dostaje kartacza. Wstępem do całości jest aperitif w postaci żubrówki z sokiem jabłkowym. Dziewczyny są w siódmym niebie mimo że i uszka, i kartacz to wersja marketowa, a nie domowa. Każda z Hiszpanek otrzymuje prezent: opakowanie wędzonego sera i kaszy gryczanej. Polecą z nimi do Malagi.

Pili kończy dziś 35 lat. Śpiewamy jej 'Feliz cumpleaños'. Dostaje ode mnie i M. małego drewnianego kotka, któremu nadajemy imię Gacek i całą masę przytuleń. Nastrój jest tak dobry, że dziewczyny biorą mnie i M. w 'niedźwiedzi uścisk' ('el abrazo del oso'): my  przytulamy się w środku, dziewczyny stają wokół i mocno nas obejmują.

 

 W piątek wstajemy bardzo wcześnie by przed szóstą wsiąść w pociąg do Wrocławia. Pili bardzo przeżywa wyjazd. Również mi i Asun szklą się oczy. Już wiemy, że spotkamy się jeszcze nie raz. Podróż do Wrocławia przebiega bez problemów mimo iż z racji remontu torów jeden odcinek trzeba pokonać podstawionym autobusem. Z dworca na lotnisko dojeżdżamy zarezerwowanym wcześniej busem. Ostatnie uściski, wzruszenie i pewność, że mamy w Hiszpanii kilkoro świetnych przyjaciół.

 

 

 

 

 

 

 

 

20:35, agnieszka.dombrowska
Link Komentarze (2) »
piątek, 05 sierpnia 2016
Zacznę od końca...

Fantastyczna hiszpańska przygoda dziś dobiegła końca. Zasługuje na długi i osobny wpis. Mam tylko nadzieję, że dziewczyny wyrażą zgodę na zamieszczenie na blogu wspólnych zdjęć ( o ich zamieszczeniu na Facebooku nie ma mowy :). Dopełniłyby obrazu pięknej, pozytywnej energii towarzyszącej nam od poniedziałku do piątku.

Po odstawieniu dziewczyn na lotnisko, do Międzygórza - a dokładniej Domaszkowa - wracam z Wrocławia pociągiem. Będę się przesiadać w Kłodzku, bowiem pociąg docelowo jedzie do Kudowy Zdroju. Bezprzedziałowy estetyczny pociąg osobowy z działającą aż nadto dobrze klimatyzacją jest wypełniony. Do mnie i siedzącej na przeciwko współpasażerki dosiada się dwóch młodych Niemców. Ich kilku kolegów siada nieco dalej. Zanim się przysiądą jeden z nich z sympatycznym uśmiechem pyta 'wolny?'. Gdy będą wysiadać w Wałbrzychu równie sympatycznie rzuci 'do widzeńja'.

Pociąg wyludnia się w Wałbrzychu. Wysiadają Niemcy i współpasażerka, w moim najbliższym otoczeniu są trzy puste fotele. Zaczynają opadać mi powieki. Daje o sobie znać pobudka o 4.20 i niewyspanie. Kątem oka dostrzegam młodego człowieka, może mieć jakieś 20 lat. Później okaże się, że pomyliłam się zaledwie o rok w górę. Objuczony licznymi tobołkami grzecznie pyta czy może się dosiąść. Oczywiście, ze może. Mało prawdopodobne bym była w stanie zająć wszystkie cztery miejsca.

Niemal już przysypiam gdy nagle słyszę ' Poczęstuje się Pani ciastem? Tak sam jem, pomyślałem, że się podzielę' Rany, chłopak jest jak z innej planety. Nie pamiętam już kiedy po raz ostatni współpasażer w pociągu czymś mnie częstował. Nie pamiętam kiedy ja ostatnio kogoś w pociągu czymś poczęstowałam. Grzecznie odmawiam, rzeczywiście sama niedawno jadłam, życzę mu jednak smacznego.

Dyskretnie go obserwuję. Głowę ma wygoloną w jakiś fantazyjny trójkąt z niemal łysymi bokami. Koszulka typu bezrękawnik pokazuje umięśnione opalone ramiona. Poza tym nieźle leżące modne spodnie od dresu i sportowe buty. Widać, że chłopakowi zależy na wyglądzie. Wyciąga gadżety - telefon, tablet - i próbuje je podłączyć do - jak się potem okazuje - nie działających gniazdek. Wśród tobołków i toreb znajduje się również najprawdopodobniej laptop. Orientuję się po kształcie torby. Jego jednak nie wyciąga.

Dzwoni jego telefon. Gdy odbiera okazuje się, że rozmawia z matką. 'Cześć mamo, jak tam? Twoje dziecko jest już w okolicach Jedliny. Jak będziecie chcieli przyjechać z dziadkami, pomogę Wam wybrać opcje biletów. Po co macie przepłacać? Mamo, uwierz mi, Twoje ciasto jest pyszne. Jak dla mnie mogłabyś robić tylko takie. Mógłbym je jeść jak chleb.' Gdy dochodzi do mnie jeszcze 'kochana' (w domyśle 'mamo') wyłączam się. Rozmowa robi się zbyt intymna. Nie pamiętam bym kiedykolwiek słyszała 20-latka w ten sposób rozmawiającego z matką. Co prawda liczba znanych mi na przestrzeni mojego życia dwudziestolatków jest i była ograniczona, więc i moje doświadczenie w temacie pozostawia sporo do życzenia. Tak czy siak jestem pod wrażeniem.

Wchodzę w internet w telefonie i sprawdzam pocztę. Jeden z moich uczniów prosi mnie w miarę pilnie o rachunek. Nie spodziewałam się, że będzie chciał regulować płatność w trakcie urlopu. Postanawiam jednak pójść mu na rękę. W tym celu będę musiała skontaktować się z fundacją, ż którą współpracuję, i na której konto wystawiam rachunki. Okazuje się jednak, że nie mogę zadzwonić by upewnić się czy zweryfikują mi fakturę od ręki. Z jakiegoś powodu tracę na dłużej zasięg.

Zirytowana brakiem zasięgu od dobrej już godziny postanawiam zagaić w tej sprawie młodego otoczonego gadżetami człowieka. Na moje pytanie czy nie ma problemu z zasięgiem, a okazuje się, że mamy telefony u tego samego operatora, odpowiada 'U mnie jest wszystko w najlepszym porządku. Ale proszę się nie martwić. Zaraz zobaczymy na czym polega problem'.

Przesiada się na miejsce obok mnie. Wyłączamy i włączamy telefon, chłopak wyjmuje i ponownie wkłada kartę sim. Zasięgu jak nie było tak nie ma. Szpera dalej, zmienia coś w ustawieniach sieci, co następnie skrupulatnie odtworzymy razem. W końcu zasięg wraca. Chłopak zgrabnie tłumaczy mi rozmaite tryby sieci, które najprawdopodobniej były przyczyną problemu w związku z bliskością granicy czeskiej.

Problem zniknął, rozmawiamy jednak dalej. Okazuje się, że ma 19 lat, niedawno zdał maturę. Zaraz po maturze pracował przez miesiąc w recepcji hotelu w pobliżu miejscowości, w której mieszka. Następnie na miesiąc wyjechał do Belgii na zbiory truskawek. Pracował ciężko od wczesnego rana do wieczora z krótkimi przerwami. Mówi, że przez pierwsze trzy dni brał środki przeciwbólowe - tak obolałe miał mięśnie od intensywnego wysiłku.Teraz jedzie na farmę w okolicach Kłodzka by jeszcze trochę zarobić zanim podejmie studia. Wybiera się na informatykę. Potrzebuje jakichś środków do życia na początek zanim we Wrocławiu znajdzie pracę. Kiedyś myślał o studiach dziennych. Jednak po tym jak jego mama poważnie zachorowała i straciła pracę może myśleć tylko o studiach zaocznych. Nie chce sobie wszystkiego odmawiać. Zdaje sobie sprawę, że sam musi zarobić zarówno na życie jak i na zachcianki. 'Nie wiem jak mają inni', mówi, 'ja jestem i chcę być po prostu odpowiedzialny.' Mimo młodego wieku zdaje sobie sprawę, że stereotypowe myślenie ma więcej wad niż zalet. Mówi 'u nas na przykład często źle się mówi o Rumunach. A oni tyle dla mnie w tej Belgii zrobili. Wspieraliśmy się nawzajem, pomagaliśmy sobie'.

Duży szacunek dla tego młodego człowieka. Trzymam za niego kciuki. Wiem jak ma na imię. Ciepło go pozdrawiam.

19:16, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 lipca 2016
Przepis na ekologiczny chłodnik

Warzywa z pobliskiego ekologicznego gospodarstwa:

- botwinka

- ogórki

- rzodkiewka

- koper

- czosnek

Jogurt naturalny

Kilka łyżek barszczu czerwonego z koncentratu

Botwinkę - po umyciu i obraniu buraczków - pokroić i ugotować do miękkości, ogórki i rzodkiewkę zetrzeć na tarce. Schłodzoną botwinkę razem z wodą pozostałą z gotowania wymieszać z utartymi warzywami, posiekanym koprem i czosnkiem. Wymieszać z naturalnym jogurtem, dodać kilka łyżek barszczu z koncentratu oraz sól i pieprz do smaku. Smacznego :) !

15:36, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 lipca 2016
Już w domu

Pokoje pełne gości. Przed chwilą wpadli babcia z wnukiem by pożyczyć miskę i duży garnek, a to z powodu uzbieranych dwóch siatek grzybów, które mają zamiar obgotować.

Wczoraj przemierzałam Polskę. Tradycyjnie z północy na południe. Z radością wracałam do domu. Dobrze jest mieć swoje miejsce. Niektórzy w miejscu urodzenia potrafią zasiedzieć się całe życie. Widać nie skorzy są do poszukiwań lub też w miejscu urodzenia znaleźli wszystko czego im trzeba do szczęścia. Ja jednak od zawsze byłam poszukująca - czy to z konieczności, czy też z wewnętrznej potrzeby. W rezultacie od rodzinnego domu dzieli mnie nie tylko fizyczny dystans. Mentalnie też nie zawsze nam po drodze.

Najpierw jednak był Poznań. Noclegi w przytargowej willi okazały się bardzo wygodne, a śniadania pyszne i obfite. Właścicielkę polubiłam z całym dobrodziejstwem inwentarza - mimo gadatliwości i tendencji do niepochlebnego wypowiadania się na temat niektórych gości. Tak czy siak plusy przeważyły minusy.

Spotkania z przyjaciółmi jak zwykle świetne, choć tematy bywają trudne: mama jednej z przyjaciółek choruje na Alzheimera, zamieszkała więc z przyjaciółką i jej rodziną. Życie wszystkich wywróciło się do góry nogami. 

Przemieszczając się wygodnym PKP IC z Poznania do Sopotu zastanawiałam się dlaczego i tu - bo podobnie było w pociągu tej samej klasy z Wrocławia do Poznania - nie włączana jest klimatyzacja. Pomyślałam, że to z powodu oszczędności, trochę mi było żal, bo pociąg poza tym komfortowy.

Do rodzinnego domu dotarłam bez opóźnień, w środku środowego dnia. Przez niemal cały kolejny tydzień dawałam to, co miałam do dania, i otrzymałam to, co otrzymać mogłam. Były też sprawy - choć moim zdaniem istotne - które ostatecznie postanowiłam odpuścić. Niezależnie od mojej decyzji kiedyś z pewnością dadzą o sobie znać konsekwencje.

Poza odwiedzeniem rodzinnego grobu miałam okazję nieco odreagować turystycznie: w piątek z mamą w filii gdańskiego Muzeum Narodowego w Oliwie obejrzałyśmy wystawę ' Monet, Renoir, Delacroix i inni. Normandia namalowana'. Impresjoniści zawsze byli mili memu oku. W sobotę z racji moich urodzin wybrałyśmy się nad jezioro do Tuchomia i w tamtejszej restauracji uraczyłyśmy się pierogami. W niedzielę wybrałyśmy się na koncert w ramach festiwalu 'Dźwięki północy': w kościele Św. Jana na gdańskiej starówce ( arcybiskupstwo przekazało kościół Nadbałtyckiemu Centrum Kultury na potrzeby koncertów) zaprezentowała się etno-jazzowa Dagadana ze świetną wokalistką z Ukrainy, po nich wystąpił znakomity zespół duński.

Poniedziałkowe popołudnie spędziłyśmy w towarzystwie ludzi i kotów. Było sympatycznie, na luzie, a do tego okazało się, że mój o rok starszy brat ma troskliwy drugi dom.

 

 



19:04, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 lipca 2016
Wpis

Gacek, jak nie on, śpi dziś do 11.00. Mam nadzieję, że po prostu postanowił pospać i nic mu nie dolega. Z samego rana jadę na jazdę. Przyprowadzony przeze mnie z łąki koń, przywiązany do drzewa, uwalnia się szarpiąc kantar i łamiąc zapięcie. Ucieka do stada nad strumień do cienia. Kusząc chlebem przyprowadzam go ponownie. W trakcie zakładania mu siodła, opędzając się od natarczywych much, które już zdążyły dotkliwie go pogryźć, najpierw przypadkowo częstuje mnie kopytem w kolano by po chwili wpaść w krótki amok, podczas którego, już osiodłany, wyrywa z ziemi lekko nadpruchniałe drzewo i przewraca się razem z nim. Odpuszczam. To widocznie nie jest dobry dzień na jazdę.

W nocy mam sen: mój najstarszy i najmłodszy brat wraz z matką są w Londynie. Próbują znaleźć tam pracę narażając się na kpiny i szyderstwa ze strony rdzennych Anglików. Nie mówią po angielsku ( w rzeczywistości bracia jako tako sobie radzą). Żal mi ich. Przyjaciel mój i M., gdzieś tam w tym Londynie, mówi mi, że na żale szkoda czasu. Lepiej otwarcie wyczyścić atmosferę nawet gdyby miało boleć, powiedzieć co naprawdę się myśli, przywalić.

Sen ledwie tylko abstrakcyjny, nieprzypadkowy. Jakby w reakcji na nieudaną próbę zmobilizowania rodziny do wspólnego spotkania w Trójmieście by omówić kwestie związane z przyszłością domu i opieki nad matką.

Zebrane w Międzygórzu listy z 25 podpisami w sprawie liberalizacji ustawy aborcyjnej włożyłam do koperty przygotowując wysyłkę. Część osób zadeklarowała poparcie dla samej idei bojąc się jednocześnie deklaracji jednoznacznej czyli złożenia własnoręcznego podpisu. Bywały głosy typu ' nie podpiszę, bo mąż nie podpisze'. Mimo to cieszy mnie już choćby te 25 podpisów osób, których poparcie przekłada się na działanie.

Postanowiłam nie akceptować anonimowych komentarzy. Takich jak pod wpisem zatytułowanym 'Bo coś ode mnie zależy'. Ten komentarz zostawię gwoli przykładu. Jeśli krytykujemy bądź wyrażamy poglądy odmienne czy kontrowersyjne miejmy cywilną odwagę się przedstawić. Tak postępuję i tego oczekuję od innych.

Niebawem wyjeżdżam najpierw do Poznania, potem do Trójmiasta. Po raz pierwszy od przeprowadzki do Międzygórza logistyka poznańska okazała się nieco bardziej skomplikowana niż zazwyczaj, zatem zatrzymam się nie u przyjaciół, a w pensjonacie.

13:02, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 maja 2016
W słoneczną niedzielę w Międzygórzu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

15:21, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44
| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
Tagi
Księga gości Napisz do mnie