RSS
sobota, 14 lipca 2018
Jaka matka taka córka?

Po jednodniowym wypadzie wracam z Wrocławia autobusem do Kłodzka. Ludzi sporo. Przede mną siądzie matka - na oko przed 60-tką, za mną córka - późne liceum lub wczesne studia. Córka da wyraz niezadowoleniu nie wiedząc co zrobić z dużym plecakiem i gitarą - kierowca nie udostępnił luku. Matka stanowczymi ruchami samodzielnie przeniesie bagaże córki i położy je koło siebie. Dla córki nie będzie już tam miejsca.
Córka - zza moich pleców do siedzącej przede mną matki: 'Mam nadzieję, że nie włączą klimatyzacji.'
Matka - wyraźnie zniecierpliwiona - 'Przestań wreszcie marudzić.'
Zapada cisza. Powietrze gęstnieje naelektryzowane ich wzajemną niechęcią.
Z następujących po chwili dwóch rozmów telefonicznych córki do znajomych wynika, że jedzie na koncert. Będzie grać i śpiewać w kościele podczas ślubu. Z pierwszym rozmówcą dzieli się wrażeniami z wakacji nad morzem z matką. Mówi o pechowym piątku 13-stego i o tym, że wyjazd z matką był koniecznością. Wspomina też o tremie przed koncertem. Drugiego rozmówcę rzeczowym tonem starannie dobierając słownictwo dopytuje o szczegóły związane z regulacją koncertowego nagłośnienia. Jest precyzyjna, konkretna, mam wrażenie, że pytania przygotowała sobie już wcześniej.
Znów do matki, zza moich pleców, głośno: 'Mamo, mogę usiąść koło ciebie?'
Matka, nie odwracając się: 'Nie, nie ma miejsca.'
Po chwili znowu: 'Mamo, a tam z przodu nie ma wolnych miejsc?'
Matka, sucho: 'Nie wiem.'
Przychodzi mi do głowy, że dziewczynę ktoś zaczyna molestować.
Po chwili słyszę jak córka zwraca się swym charakterystycznym tonem do młodej kobiety siedzącej wraz z młodym mężczyzną po przeciwnej stronie autobusu równolegle do niej: 'Czy pani jest chora?'
'A co pani do tego?' reaguje kobieta.
"Jadę na koncert, będę śpiewać i nie chcę się zarazić' odpowiada córka dodając po chwili 'A pani jest ordynarna.'
Po czym okutana w polar z niewielkim plecakiem na plecach sunie na przód autobusu by usiąść na jednym z pierwszych miejsc. Matka nie reaguje. Dojeżdżamy do Kłodzka.


14:53, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 lipca 2018
Poznań

Z Poznaniem łączą mnie silne więzi. Tu ukończyłam studia i tu mieszkałam kolejnych 17 lat. Tu zadzierzgnęłam wieloletnie przyjaźnie trwające do dziś. Poznań to moja pierwsza praca i pierwsze własne mieszkanie. Tu zbudowałam się dzięki wieloletniej terapii. Tu od lat związana jestem z ukochanym dentystą i fryzjerem :). Słowem Poznaniowi zawdzięczam bardzo wiele.

Gdyby ktoś mnie zapytał co w Poznaniu podoba mi się najbardziej powiedziałabym 'ludzie i klimat'. Bo to ludzie tworzą tu uwielbiany przeze mnie przed laty festiwal teatrów 'Malta' i to dzięki ludziom takim jak pani Ewa Wycichowska mogłam uczestniczyć przez kolejnych pięć lat w kapitalnych warsztatach tańca, którym towarzyszyły rozmaite imprezy, spektakle, koncerty. Tu na studiach miałam ukochanego promotora, który zaproponował mi roczną opiekę nad swoim domem na Sołaczu ( z zamieszkaniem włącznie) podczas swojego pobytu wraz z małżonką Meksykanką w Meksyku  w ramach pracy na Universidad de Guadalajara.

Gdyby ktoś mnie zapytał czego w Poznaniu było mi brak powiedziałabym morenowych wzgórz Trójmiasta, szumu Bałtyku, wzniesień powyżej 100m n.p.m. i górskich serpentyn. Słowem uwierała mnie monotonia okolicznego krajobrazu. Z czasem zaczął mnie również męczyć miejski zgiełk i niedosyt przyrody, ale to osobna historia. Dość że uważam, iż Poznaniowi, któremu tyle zawdzięczam, coś się ode mnie należy. Jakaż więc była moja radość, gdy okazało się, że podczas mojego ostatniego pobytu w stolicy Wielkopolski organizowana jest demonstracja w obronie niezależnych sądów. Poszłyśmy z K., przyjaciółką u której się zatrzymałam, i której również zawdzięczam kapitalnie spędzony czas. Pokazałyśmy, że nie jest nam obojętne to, co dzieje się w kraju, że wierzymy, iż coś od nas zależy, że pragniemy zmiany, którą uważamy za realną.

 

 

 

 

 

 

 

 

Zdjęcie nr 7 - Łańcuch Światła Poznań. Pozostałe zdjęcia własne.

Tagi: Poznań
16:43, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
W tym wieku niezamęzna?

'W tym wieku niezamężna?' zapytał fachowiec od remontów zdziwiony, że nie towarzyszy mi mężczyzna podczas sporządzania listy zakupów

15:17, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 czerwca 2018
Jeszcze w zielone gramy

 

Chodzi za mną niczym credo. Słowa Wojciech Młynarski, muzyka Jerzy Jan Matuszkiewicz, wykonanie - moje ulubione zresztą - Maciej Maleńczuk. I ta hiszpańska gitara w tle...

 

11:52, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 czerwca 2018
Wieści z południa

Nie, nie z południa Europy, choć marzę o kolejnym wyjeździe do ciepłych krajów. Będą wieści od nas ze wsi.

Po półrocznej przerwie wracam do pisania. Moc zajęć w trakcie roku szkolnego nie sprzyjała temu zajęciu. A ponieważ właśnie rozpoczęły się wakacje zainauguruję je nowym wpisem.

 

W kwietniu wzięliśmy ślub. Po prawie 8 latach wspólnego mieszkania i niemal 12 znajomości. Starczyłby oficjalny związek partnerski, ale takich udogodnień w naszym kraju brak, nad czym ubolewam zwłaszcza ze względu na tych, którzy pozbawieni są równych szans.

Ceremonię w USC w Bystrzycy Kłodzkiej poprowadziła pani Izabela Cichocka, przesympatyczna, nie stwarzająca zbędnego dystansu urzędniczka, notabene moja ziomalka z Trójmiasta. Nie spodziewałam się, że w trakcie składania przysięgi wzruszenie na moment odbierze mi głos. A odebrało.

 

 

Potem bawiliśmy się w pensjonacie Krokus w Międzygórzu. Kameralne spotkanie ze świadkami i najbliższą rodziną trwało sobie spontanicznie w noc.

 

Miesiąc później zorganizowaliśmy drugą turę imprezy, tym razem - poza przyjaciółmi - dołączył również jeden z moich braci z partnerką. I ten weekend celebracji okazał się bardzo udany.

 

 

Trudno stwierdzić czy sezon celebracji należy uznać za zamknięty. Szczerze Wam powiem, że chciałoby się więcej. Myślę, że dobrym pretekstem okażą się rocznice.

 

Co poza tym? Kończy się mój trzyletni okres w inkubatorze przedsiębiorczości, tak więc czas przejść na swoje. Są obecnie dogodne warunki dla otwierających jednoosobową działalność gospodarczą. Jednocześnie rozglądam się za biurem w Bystrzycy, gdzie chciałabym prowadzić zajęcia z obu języków, na początek przynajmniej dwa razy w tygodniu. Zapowiadają się też spore roszady wśród moich uczniów. Ewidentny czas kolejnych zmian.

Tagi: zmiany
18:01, agnieszka.dombrowska
Link Komentarze (2) »
środa, 01 listopada 2017
p.s.

Dziękujemy naszym hiszpańskim przyjaciołom za niezwykłą serdeczność, gościnność i pomoc. Dziękujemy Asun, Pilar, ich rodzicom - Antonio i Francesca, oraz Juli, Lidii i Mari Carmen. Czuliśmy się jak w domu :) ! / Les agradecemos a nuestros amigos españoles por su extraordinaria cordialidad, hospitalidad y ayuda. Les agradacemos a Asun, Pili, sus padres Antonio y Francesca, y a Juli, Lidia y Mari Carmen. Nos hemos sentido como en casa :) !

16:06, agnieszka.dombrowska
Link Dodaj komentarz »
Andaluzja, Hiszpania cz.9

Niedziela to nasz ostatni dzień przed wylotem do Polski. Przed południem przychodzą MaCa i Lidia. Przyniosły zrobione przez Lidię tortille -jedna jest z czosnkiem, druga bez. Do tego majonez domowej roboty. Dziewczyny podają nam również dużą, pełną upominków torbę. Z wrażenia zaniemówiliśmy. W torbię są: koszulka z nadrukiem Malagi dla M., portfelik z nadrukiem Malagi dla mnie, książeczka w dwóch językach, angielskim i hiszpańskim, o Maladze z odręcznymi dedykacjami od dziewczyn, figi z Malagi, syrop z trzciny cukrowej charakterystyczny dla regionu i typowe dla Malagi kremowe ciasteczka tortas locas ('szalone ciastka'). Szalone to są dziewczyny, że tyle dla nas robią i tak nas obdarowują. Wyściskawszy je i wycałowawszy zasiadamy do tortilli. Czego nie zjemy, poleci z nami do Polski.

Wyruszamy z dziewczynami do centrum. Dziś zdeptywać będziemy Malagę, szczególnie Gibralfaro i Alcazabę. O 18.00 jesteśmy umówieni z Asun, Pili i ich rodzicami na pożegnalną kawę. A zatem zwiedzanie Malagi czas zacząć!

800-tysięczna Malaga to jedno z głównych miast Costa del Sol. Położona nad Morzem Śródziemnym przyciąga tłumy turystów. Bliziutko stąd do Cieśniny Gibraltarskiej i Afryki. Jest miastem o długiej historii. Już  w VIII wieku p.n.e. Fenicjanie zakładają tu miasto Malaka. Potem przewiną się tu Kartageńczycy, Rzymianie, Wizygoci i Arabowie, którzy pojawiają się na Półwyspie Iberyjskim w 711 roku naszej ery. Pozostaną tu do XV wieku. W Maladze, podobnie jak w całej właściwie Andaluzji, bardzo wyraźne są ślady ich bytności.

 

Za Ratuszem zaczynamy się wspinać w kierunku Gibralfaro. To wzgórze, na którym znajduje się muzułmański zamek. Stanowił on koszary wojsk muzułmańskich chroniących znajdujący się niżej zespół pałacowy czyli Alcazabę przed chrześcijańskimi najeźdźcami.

 

 

 

 

 

Ze wzgórza roztaczają się wspaniałe widoki na całe miasto. Malaga jest raczej rozciągnięta, dość długa i niezbyt szeroka.

 

 

Miasto ma imponującą arenę do walki byków. My jednak nie jesteśmy miłośnikami tego sportu. Hiszpańskie dziewczyny zresztą też nie.

 

 

Teraz już zaczniemy kierować się w dół by poszukać miejsca na obiad, po którym będziemy kontynuować zwiedzanie, tym razem Alcazaby.

 

Obiad jemy w knajpce La Lechuga ('Sałata'). Na początek obowiązkowo tapas: bułka z dyniową 'jajecznicą', jamón ibérico (szynka iberyjska) nadziewany twarożkiem i kiełkami oraz mięsne kulki z bazyliowym sosem. Następnie sałatka z kurczakiem i sałatka z owocami morza. Wszystko dzielimy między sobą. My z M. popijamy nasze ulubione barbadillo, dziewczyny piją piwo. W Hiszpanii trudno jest wyjść z domu bez zahaczenia o jakiś bar. Umawiasz się na spacer? Uważaj czy czasem się nie odchudzasz.

 

 

 

Posiłek będzie dobrym momentem by nauczyć dziewczyny kilku polskich przekleństw, o co Lidia wyraźnie się dopomina, następnie z MaCa skrupulatnie analizują usłyszane frazy.

Teraz przez ścisłe centrum przedostajemy się w okolice Alcazaby.

 

 

 

Bezpośrednio pod kompleksem pałacowym znajduje się Teatro Romano z I wieku p.n.e.  Natomiast najstarsze elementy Alcazaby pochodzą z XI wieku naszej ery, są więc starsze od tych, które znajdują się w Alhambrze (Granada). Za chwilę i my otrzemy się o pozostałości średniowiecznej architektury arabskiej. W niedzielę od 14.00 wstęp bezpłatny. W pozostałe dni i niedzielne przedpołudnie (poza poniedziałkiem gdy kompleks jest zamknięty) bilet wstępu kosztuje 2,20 euro.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

Jeszcze rzut okiem na mieszkanie pochodzącego z Malagi Antonio Banderasa - urzęduje sobie za kolorowymi szkiełkami poniżej:

 

W Maladze urodził się również Picasso. Na Plaza de la Merced wciąż stoi dom, w którym spędził dzieciństwo. Jest też muzeum jego imienia prezentujące głównie jego rysunki i grafiki.

Rzucamy jeszcze okiem na zbudowaną na miejscu dawnego meczetu katedrę z jedną wieżą. Stąd jej nazwa La Manquita ('jednoręka').

 

Powoli kończymy nasze zwiedzanie w towarzystwie dziewczyn. Przed nami jeszcze spotkanie z rodziną Asun i pakowanie, a w nocy pobudka i taksówka na lotnisko.

 

Za zdjęcia dziękuję Markowi.

15:55, agnieszka.dombrowska
Link Komentarze (2) »
niedziela, 29 października 2017
Andaluzja, Hiszpania cz.8

Sobotnie przedpołudnie jeszcze spędzamy w Rondzie. M. i Asun szykują nam prowiant na dzisiejszy dzień, a mianowicie robią pyszną tortilla de patatas. Jej składniki to cebula, ziemniaki, jaja, można dodać czosnek, no i wszystko obsmaża się w nieprzypadkowej kolejności na oliwie Extra Virgin.

Tak wyposażeni jedziemy do oddalonego o około 60km El Chorro, tam bowiem znajduje się cel naszej dzisiejszej wyprawy czyli El Caminito del Rey ('Ścieżka Króla'). Jest to pieszy szlak o długości około 5km, który ciągnie się wzdłuż ścian wapiennego wąwozu w parku narodowym Desfiladero de los Gaitanes. Dnem wąwozu płynie rzeka Guadalhorce, natomiast ściany wąwozu to pionowe urwiska skalne osiągające wysokość ponad 100m. Szlak pieszy prowadzi w większości prawą stroną wąwozu, natomiast lewą stroną biegnie przecięta w kilku miejscach mostami i tunelami linia kolejowa.

W szlaku zakochałam się bez pamięci gdy tylko zobaczyłam jego zdjęcia w internecie jakieś 1,5 roku temu. Rzeczywistość przerosła oczekiwania.

Droga powstała na początku XX wieku na potrzeby transportu materiałów do budowy zapory wodnej. W 1921 roku król Alfonso XIII miał przebyć tę trasę by zainaugurować jej otwarcie. Stąd nazwa drogi 'królewska'.

Obecny szlak poddany został kilka lat temu gruntownej renowacji. W związku z kilkoma śmiertelnymi wypadkami postanowiono zabezpieczyć szlak barierkami, więc w tej chwili przejście go nie stanowi problemu dla przeciętnego turysty. Przed renowacją natomiast mógł dostarczać nie lada adrenaliny. W pewnej mierze doświadczyła tego Asun, która przed laty wybrała się tu ze znajomymi, w tym z wprawionym 'skałkowiczem'. Skałkowiczów tu zresztą sporo, mają naprawdę interesujące warunki do wspinaczki.

Bilety można kupić jedynie przez internet. Mimo iż zrobiliśmy to na 2 miesiące przed terminem, nie udało nam się już kupić zwykłych wejściówek za 10 euro. Musieliśmy dopłacić kolejne 8 za wizytę z przewodnikiem, z której i tak ostatecznie nie skorzystamy. Wolimy zwiedzać tę trasę we własnym tempie i bez zbędnych, wstrzymujących nas komentarzy. Na szczęście nikt nam tego nie zabrania. I mimo że organizacja pracy pozostawia w tymże Parku Narodowym sporo do życzenia, jedno z pewnością trzeba Hiszpanom oddać: nie są nieżyczliwi i małostkowi. Asun pomyłkowo wykupiła swoją wejściówkę na g. 10.00. Natomiast nikt jej nie robił problemów z wejściem razem z nami na 16.30.

A więc w drogę!

 

 

 

Na zdjęciu poniżej wyraźnie widać fragmenty starego szlaku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Teraz jeszcze dwa kilometry drogą maszerujemy do autobusu - bilet 1,55 euro wykupiliśmy razem z wejściówką na Drogę Królewską ( w sumie 18 + 1,55 euro). Autobusem przemierzamy trasę do punktu początkowego, gdzie na parkingu pozostawiliśmy auto (parking bezpłatny). Przejście całej trasy i powrót autobusem zajęły nam 3h z kawałkiem. To niemało, ale koniecznie należy wliczyć czas na zachwyty i robienie zdjęć.

Zdjęcia własne poza moim zdjęciem z Asun (robił Marek) i z Markiem (robiła Asun).

C.D.N.

sobota, 28 października 2017
Andaluzja, Hiszpania cz.7

W czwartek wieczorem z Asun wyjeżdżamy samochodem do oddalonej od Malagi o około 100km Rondy. Pochodząca z Malagi Asun wynajmuje tam mieszkanie. Ma tam roczny kontrakt na nauczanie techniki  w jednej z podmiejskich szkół. 

Mieszkanie jest duże. Składa się z trzech sypialni, salonu, dwóch łazienek, obszernej kuchni i długiego przedpokoju. Nie będziemy się późno kłaść. Asun następnego dnia idzie do pracy, a i my jak dotąd chodzimy raczej niedospani.

Następnego dnia budzimy się dopiero przed 9.00. Asun jest już w trakcie śniadania i za pół godziny wychodzi. Zostawi nam jeszcze klucze, wytłumaczy jak dojść do centrum i zobaczymy się dopiero po południu.

A zatem zwiedzanie Rondy czas zacząć. Ronda jest niewielkim miastem, liczy około 36 tysięcy mieszkańców, mniej więcej tyle co Kłodzko. Z bloku, w którym mieszka Asun w trzy minuty dochodzimy do jednej z głównych ulic. Idąc nią prosto dojdziemy do głównego deptaka Rondy, który z kolei doprowadzi nas do słynnego Puente Nuevo. Ten zbudowany w XVIII wieku most łączy dwie dzielnice miasta: południową mauretańską La Ciudad i późniejszą chrześcijańską część starówki El Mercadillo. Ronda położona jest po dwóch stronach skalistego wąwozu El Tajo, głębokiego na około 160m, i szerokiego w niektórych miejscach na prawie 100m. Dołem wąwozu płynie rzeka Guadalevín .

Na deptaku zaopatrzę się jeszcze w dwie kapitalne, barwne tuniki za równie kapitalną cenę. A potem ulegniemy już czarowi zabytków. Ludzi jest mnóstwo, stosunkowo często słyszymy język polski. Jest gorąco - temperatury jak w trakcie polskiego lata przy pełnym słońcu. Do chodzenia w okolicach Puente Nuevo i zdeptywania ścieżek wokół wąwozu są niewątpliwie potrzebne wygodne buty. Miejscami jest dość stromo i kamieniście.

 

 

 

 

Wzdłuż ścieżek rosną migdałowe drzewka. Część migdałów jest pyszna, niektóre są gorzkie, niejadalne.

 

 

O 15.00 jesteśmy umówieni z Asun na obiad. Czas więc zawrócić tym samym deptakiem, którym się tu dostaliśmy do knajpki z owocami morza, którą Asun polecono w pracy.

 

 

Knajpka o nieco mylącej nazwie Cazadores  (myśliwi) - specjalizuje się bowiem w owocach morza -  pełna jest hiszpańskich klientów. Dzięki znajomości z naszymi hiszpańskimi dziewczynami udaje nam się jeść tam, gdzie jedzą lokalsi lub po prostu Hiszpanie. Unikamy w ten sposób miejsc nastawionych na zagraniczną klientelę, dzięki czemu mamy możliwość skosztować autentycznych smaków Andaluzji. Zamówimy dania na wspólnych talerzach. Z nich nakładać będziemy sobie porcje na nasze osobiste mniejsze talerzyki. I tak jemy bakłażanowe frytki polane syropem z trzciny cukrowej, grilowane pieczarki, odmianę maleńkich małż w sosie czosnkowym, rybę rosada i panierowane kawałeczki dorsza. Popijamy lekkie i pyszne białe wino Barbadillo. Uczta nieziemska. Nie potrafię wyjść z podziwu jak wspaniałe potrawy przyrządzane są w krajach śródziemnomorskich ze świeżych owoców morza.

Po uczcie w drodze do domu w markecie zaopatrzymy się w wyżej wspomniane białe wino oraz wino Malaga. Zabierzemy je do Polski, podobnie jak kupione chwilę później migdały w łupinach i jadalne kasztany.

Wieczorem jeszcze raz udajemy się w okolice Puente Nuevo. Tym razem Asun prowadzi nas rozmaitymi zakamarkami Rondy byśmy mogli odkryć nieco więcej z jej piękna. Asun zwraca nam uwagę na charakterystyczne wykuszowe okna. Jest ich tu bardzo wiele, niektóre już bardzo wiekowe.

 

 

 

 

Pokręciwszy się w okolicach słynnego mostu i nacieszywszy nim oczy odbijamy od ścisłego centrum w stronę ulicy pełnej barów tapas. Miniemy duży park, wzdłuż którego rozstawione zostały stoliki, a przy nich młodzież paląca wodne fajki wypełnione aromatycznymi tytoniami, ponoć bardziej uzależniającymi od papierosów.

Bary tapa są pełne. Z trudem udaje nam się znaleźć wolną beczkę. Gdy jednak już zasiądziemy przez dłuższy czas nie oddamy swoich miejsc. Pić będziemy piwo zakąszając a to bułeczką z przepiórczym jajkiem, a to szaszłyczkiem z kurczaka.

 

Zwróćcie uwagę na dwa obrazki w głębi baru. To Jezus i Maria. I nikomu nie przychodzi do głowy by wszczynać aferę o obrazę uczuć religijnych.

 

 

Za zdjęcia dziękuję Markowi.

C.D.N.

18:12, agnieszka.dombrowska
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 października 2017
Andaluzja, Hiszpania cz.6

 

 

Czwartek. Gdzieś tam w tyle głowy ćmi nam się jeszcze wtorkowa historia. Zakładaliśmy oczywiście, że problem będziemy musieli rozwiązać sami. Jednak nasi hiszpańscy przyjaciele sprawili, że stało się inaczej. To wszystko czym nas obdarowali w ciągu naszego tygodniowego pobytu w Andaluzji niosę i odczuwam w sobie do dziś. Mówią, że piekło jest tam, gdzie każdy ciągnie w swoją stronę. A niebo tam, gdzie współpraca i empatia. Znaleźliśmy się więc niewątpliwie w niebie.

Dziś wybieramy się do Torcal de Antequera. To jeden z najciekawszych rezerwatów przyrody w Andaluzji. Wapienne skały przybierają fantazyjne kształty. Mamy sfinksa, śrubę, wazon, kielich, kapelusz czy ślimaka. Rozmaitość form znamy z Gór Stołowych czy też czeskich skalnych miast. Tam jednak mamy do czynienia z piaskowcem. Poza tym w naszych stronach nie ma sępów :).

M. i ja jedziemy samochodem z Asun i Pili. Lidia i MaCa jadą razem za nami. Po zwiedzeniu rezerwatu Asun i Pili wrócą do Malagi by z rodzicami pocelebrować nieco imieniny Pili. My z Lidią i MaCą pojedziemy jeszcze do Antequery.

Jest sporo zwiedzających. Słyszymy jednak jedynie hiszpańskojęzycznych turystów. Trwa ogólnokrajowy długi weekend, więc całe rodziny korzystając z wolnego czasu przemieszczają się po półwyspie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kwiatek poniżej zwiastuje nadejście chłodów. Im więcej takich kwiatków tym większa szansa na śnieg, który jest tu w okresie zimowym regularnym gościem.

 

 

 

Teraz udajemy się do Antequery, w której tle widzimy Skałę Kochanków (La Peña de los Enamorados ) M. pięknie o niej ( o skale) napisał: '...towarzyszyła nam tego dnia już od rana. Najpierw jako niewyraźny kształt w oddali i naprędce opowiedziana w samochodzie niezbyt oryginalna legenda o młodym chrześcijaninie i muzułmańskiej księżniczce, którym nie pozwolono być razem, więc połączyli się jak umieli, skacząc razem z jej szczytu.
Skała Kochanków ukazywała nam się wielokrotnie, kiedy wspinaliśmy się krętą drogą do miasta Antequera, nazywanego przez wielu "el corazón de Andalucía" („serce Andaluzji”), bacznie nas obserwowała, kiedy przedzieraliśmy się z dziewczynami przez kłujące i drapiące chęchy* w poszukiwaniu wejścia do megalitycznych dolmenów sprzed ponad 5000 lat, a potem, kiedy już „na deser” po przepysznych tapas mierzwiliśmy wzrokiem panoramę miasta spod murów położonej na wzgórzu kolegiaty Santa Maria la Mayor, ona jakby wciąż na coś czekała, przycupnięta w dyskretnym oddaleniu od granic miasta.
'

Najpierw zwiedzamy dolmeny. Zanim to jednak nastąpi długo szukamy do nich wejścia zataczając duży krąg wzdłuż metalowej siatki. Ktoś mógłby zacytować autora Koziołka Matołka ' długo szukał biedaczysko tego, co miał bardzo blisko'. Samochód zostawiliśmy przy stacji benzynowej. Wystarczyło skierować się w prawo, a nie w lewo, by znaleźć najbliższe wejście. Jednak wydeptana ścieżka wskazywała na to, że wielu było przed nami takich Koziołków Matołków. A poza tym towarzystwo naszych hiszpańskich dziewczyn bezcenne: im dłużej, tym lepiej Tak więc nie ma tego złego... .

 

 

 

Teraz jedziemy do centrum miejscowości. Ze względu na długi weekend (el puente) będziemy mieć klopot ze znalezieniem miejsca do parkowania. Po kilku okrążeniach  w obrębie centrum wreszcie udaje nam się zostawić samochód. Idziemy do poleconej przez MaCa knajpki. Jest to rodzinny interes prowadzony przez ojca i przesympatycznego niepełnosprawnego intelektualnie syna. Dziewczyny wyjaśniają nam widniejące na karcie dań hasła. Do wspólnego podziału wybieramy porra antequerena, czyli rodzaj gęstego chłodnika zawierającego zmiksowane pomjdory, chleb, oliwę, sól, czerwoną paprykę i czosnek z dodatkiem kawałków tuńczyka i jajka. Poza tym na główne danie zamawiamy pyszną rybę rosada, ośmiornice czyli pulpos i pieczoną jagnięcinę czyli cordero asado. Wszystko - poza porro - a la plancha, czyli z płyty grilowej. Nie mam pojęcia jak to robią Hiszpanie, ale wszystkie owoce morza, które mieliśmy możliwość spróbować, pozbawione były charakterystycznego mało apetycznego zapachu mułu. Były po prostu pyszne!

 

 

 

Antequera to miasto klasztorów i kościołów. Lidia twierdzi, że każdą z ulic wieńczy albo jedno, albo drugie. W zeszłym roku z koleżankami wynajęły salę w klasztorze na kilkudniowe odosobnienie. Lidia, która pali, lubi piwo, przekleństwa, kręcenie biodrami i dobre jedzenie. Lidia, która od kilku tygodni walczy z rakiem piersi - stąd chustka na głowie (jest w trakcie chemioterapii) - a mimo to nie opuszcza jej humor i energia. Ten hiszpański katolicyzm, gdy można z zaprzyjaźnionym księdzem homoseksualistą wyjechać do Tangeru by wspólnie spędzić Sylwestra, jest dla mnie jakimś objawieniem. Duchowość jest dla mnie bardzo istotna. Nie szukam jednak jej atrybutów na zewnątrz. Szukam jej w sobie. Lidia, również Juli, pokazują, że katolicyzm jest ok, katolicyzm jest dla ludzi - nie na odwrót. Może kiedyś również w Polsce.

Za zdjęcia dziękuję Markowi.

 

C.D.N.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 47
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi
Księga gości Napisz do mnie